sobota, 11 lutego 2017

Podziękowania

Właśnie napisałam ostatnią linijkę epilogu [KLIK] i zastanawiam się, co się wydarzyło. Od samego początku wiedziałam i z uporem powtarzałam, że to opowiadanie będzie inne, ale… Cóż, bez wątpienia takie było – wyzwanie, które podjęłam z przyjemnością i z równie pozytywnymi emocjami kończę, bo mimo wszystko jestem z efektu zadowolona. Mimo wszystko to najpewniej jedna z moich nielicznych prób z tak krótką formą, bo o wiele lepiej czuję się w dłuższych tekstach, nie zmienia to jednak faktu, że ta historia była… interesującym doświadczeniem.
Nie jestem pewna, co takiego pomyślicie sobie o epilogu, zresztą jego forma zmieniła się w trakcie tworzenia tej historii. Niemniej nie wyobrażałam sobie, że mogłabym to zakończyć inaczej. Zdaję sobie sprawę z tego, że pozostawiam wiele pytań, ale tak też miało być od samego początku. Cóż, jestem wielką fanką twórczości Kinga i od dawna miałam ochotę napisać coś, co zgadzałoby się z jego zasadą: nieważne jak, ważne, że się wydarzyło. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, a jeśli nie… to przepraszam, inaczej nie potrafiłam. I jestem z efektu zadowolona, a to chyba dobrze, bo z czystym sumieniem oddaję Wam projekt skończony i w pełni mnie satysfakcjonujący.
Cóż, pozostawiam pełną dobrowolność w interpretowaniu tego, co pociągnęła za sobą decyzja Damiena. Miałam wiele możliwości, żeby to rozegrać; pierwotnie zakładałam, że Jane nigdy nie wróci, a jedynym gorzkim akcentem będzie niepamięć Liv. W epilogu zakładałam, że po wydarzeniach z kościoła w pełni świadomy Damien spotka na ulicy dziewczynę, którą mimo wszystko kochał – bo nie zaprzeczam, że mimo wymuszenia tych uczuć, obie kobiety były dla niego ważne. To byłoby dość gorzkie: moment, w którym Liv mija go na ulicy, obojętna i nieświadoma wszystkiego, co razem przeszli.
Projekt zmienił się w trakcie i ostatecznie to Jane wysunęła się na pierwszy plan; ktoś, kogo lepiej poznałam, bo tak się stało, chociaż w dziesięć rozdziałów trudno było mi stworzyć postacie, które miałyby dla mnie aż takie znaczenie. Ale mam wrażenie, że z nią mimo wszystko mi się udało – kimś zlęknionym samotności, stopniowo popadającym w szaleństwo, kto pragnął miłości za wszelką cenę. Ulokowała ją w Damienie, ale…
Och, pozostawię Wam miejsce na interpretację. Ja mam swoją, ale zostawię ją dla siebie.
Dobrze, nie przedłużając już, jak zawsze chciałabym podziękować kilku osobom.
Frixowi – a więc osobie, która zrobiła dla tej historii najwięcej. Serio. Zwykle kolejność osób, którym dziękuję, nie ma znaczenia, ale w tym wypadku pierwsze miejsce po prostu musi być, bo ja bardzo doceniam czas, który poświęciłeś mi na betowanie. Jestem wdzięczna też za każdy komentarz w naszych rozmowach, tym bardziej, że czytając Twoje uwagi i opinię nabierałam pewności, że przedstawiłam wszystko w sposób przynajmniej zbliżony do tego, jaki chciałam. Ja wiem, to nie był horror w pełnym znaczeniu tego słowa, ale jakoś przez niego przebrnąłeś i dzięki Tobie nie zginęłam pod głupimi literówkami. Dziękuję!
Condawiramurs – bo chociaż pojawiłaś się tutaj niedawno, Twoje komentarze wywołały uśmiech na mojej twarzy. To zawsze cudowne uczucie, kiedy ktoś docenia Twoją pracę i za to Ci dziękuję. Jestem też wdzięczna za opinie, które były rozbudowane, za uwagi, liczne pytania (na które nie odpowiedziałam, bo w głowie wciąż miałam mętlik, zresztą gaduła ze mnie i pewnie walnęłabym spojler w komentarzu). To dawało mi poczucie, że piszesz szczerze, a gdybym to zawaliła, napisałabyś mi o tym, co doceniam, bo zdecydowanie bardziej wolę zasłużoną krytykę od bezpodstawnego słodzenia. Mam nadzieję, że epilog chociaż po części Cię usatysfakcjonuje, a jak nie… zielone światło, można po mnie jechać do woli.
Rinkashi Meari – za to, że byłaś. Również pojawiłaś się pod koniec i za to Ci dziękuję. Za nadrobienie rozdziałów, obecność i komentarz, który poprawił mi nastrój. Czasami naprawdę niewiele trzeba, żeby druga osoba się uśmiechnęła, ja z kolei zawsze bardzo się cieszę z każdej osoby, której przynajmniej jednorazowo poprawię nastrój tym, co piszę. Liczę na to, że Cię nie rozczaruję.
Gabi i Mrs. Cross – a więc dwóm kochanym osóbkom, które są przy mnie zawsze. Wierzę, że prędzej czy później dokończycie „Her Final Destination” i wrażenia będą choć zbliżone do reakcji na początek. Niespodzianka na koniec: Wam też dziękuję, zresztą jak zawsze, bo nie ma dnia, w którym byście mnie nie wspierały. Cudowna przyjaźń bez wątpienia jest warta więcej niż tych kilka słów podziękowania, ale w tym miejscu musi wystarczyć.
Dziękuję również Tobie, jeśli tutaj jesteś – niezależnie od tego, kiedy to czytasz. Gdyby nie moi czytelnicy, wtedy to, co robię, nie miałoby sensu.
Z tym blogiem kończę, chociaż to nie znaczy, że o nim zapomnę. Wciąż czytam komentarze, bo na bieżąco przychodzą mi powiadomienia, tak więc żadna opinia nie zostanie pominięta. Chętnie przyjmuję wszystkie uwagi, nawet te najbardziej krytyczne, więc jeśli ktoś do tej pory się nie wypowiadał, a ma na to ochotę, serdecznie zapraszam.
Jeśli chodzi o moją dalszą działalność, to wszystkie moje opowiadania i informacje o nowych można znaleźć tutaj:
Dodam, że wkrótce najpewniej ruszę z nową historią, ale czas pokaże. Wzmianka o planowanym „Blank Dream” wisi na blogu autorskim już jakiś czas, niemniej w pierwszej kolejności chciałabym wszystko uporządkować, bo nie chciałabym dać Wam czegoś, z czego nie będę zadowolona.
Tymi słowami ostatecznie się żegnam i raz jeszcze dziękuję.

Wasza Nessa.

Epilog

Cisza, która nagle zapadła, miała w sobie coś przenikliwego. Kolejne sekundy mijały, wydając ciągnąć się w nieskończoność i sprawiając, że Damien poczuł się tak, jakby czas nagle się zatrzymał. Bezmyślnie wpatrywał się w Jane, przez krótką chwilę mając wielką ochotę chwycić ją za ramiona i porządnie potrząsnąć; zrobić cokolwiek, byleby wymóc na niej udzielenie jakiejkolwiek odpowiedzi. Wszystko wydawało się lepsze od milczenia, zwłaszcza w tej sytuacji – chwili, w której w głowie miał jeden wielki mętlik, którego za żadne skarby nie był w stanie opanować.
Bezwiednie zacisnął dłonie w pięści, coraz bardziej podenerwowany. Czuł, że trzonek noża, który wciąż trzymał w ręce, w nieprzyjemny sposób wżyna się w skórę, ale prawie nie zwrócił na to uwagi. Wiedział jedynie, że nade wszystko pragnął przerwać to szaleństwo. Poznać odpowiedzi na pytania, które dręczyły go przez cały ten czas, a które mogły zmienić wszystko. Potrzebował tego, zamierzając dać sobie i Jane szansę, którą zaprzepaścił lata temu, w impulsywny sposób decydując się na coś, czego konsekwencje prześladowały go do tej pory. Może gdyby wtedy zdołał się powstrzymać, próbując rozegrać wszystko inaczej, wtedy…
Jakie to ma teraz znaczenie?
Zacisnął usta, ledwo powstrzymując się przed wypowiedzeniem tych kilku słów na głos. Cóż, tak – w istocie nie miało, bo i tak nie był w stanie zmienić przeszłości. Nie zmieniało to jednak faktu, że w pierwszej kolejności chciał zrozumieć.
– O co mnie pytasz? – usłyszał po chwili, która wydawała się być wiecznością.
Lśniące, szmaragdowe oczy Jane wydawały się przenikać go na wskroś. Wciąż stała naprzeciwko niego, tak blisko, że powinien czuć bijące od jej ciała ciepło, ale nic podobnego nie miało miejsca. Był tylko chłód – i to nie tylko ten, który wydawał się wypełniać świątynię, ale przede wszystkim jego samego. Lodowaty ziąb, mający swoje źródło gdzieś w jego wnętrzu, co skutecznie utrudniało mężczyźnie koncentrację, podsycając poczucie dezorientacji. To wydawało się go wyniszczać, zresztą tak jak i świadomość wyboru, przed którym postawiła go Jane, a którego za żadne skarby nie był w stanie dokonać.
Jego spojrzenie momentalnie spoczęło na bladej twarzy wciąż nieprzytomnej Liv – delikatnych, znajomych rysach kogoś, za kogo jeszcze jakiś czas temu był gotów oddać życie. Teraz bez chwili wahania był w stanie wskazać oznaki sztuczności uczucia, które łączyło ich przez cały ten czas. To było zbyt szybkie, zbyt gwałtowne, zbyt… idealne, by mogło być prawdziwe. Uczucie, które był w stanie opisać wyłącznie jako „grom z jasnego nieba” nie miało prawa istnieć, ale mimo wszystko…
– Zadałem ci bardzo proste pytanie, Jane – odezwał się ponownie, starannie dobierając słowa. Jego głos brzmiał dziwnie, nienaturalnie zachrypnięty i tak cichy, że ledwo był w stanie go rozpoznać. Och, w gruncie rzeczy nie dbał o to. – Kogo kochałem – podjął, kładąc nacisk na to jedno, jedyne słowo – przez cały ten czas? Kto…?
– A jak ci się wydaje? – przerwała mu w niemalże gniewny sposób.
Chociaż ledwo był w stanie koncentrować się na niej, jej twarzy i głosie, którego przecież już nigdy więcej nie powinien usłyszeć, wyraźnie wyczuł zmianę w zachowaniu Jane – to, że wyraźnie się spięła, być może dogłębnie zraniona jego pytaniem. I chociaż nie chciał przyjąć tego do wiadomości, podświadomie czuł, że to zachowanie tłumaczyło wszystko, niezależnie od tego, czego faktycznie mógłby chcieć.
Gdyby to zależało od niego, bez chwili wahania odciąłby się od tego całego szaleństwa. Problem polegał na tym, że nie potrafił.
– Ach… – Palce mocniej zacisnęły się na nożu, chociaż nie sądził, że to w ogóle możliwe. – No tak… Tak, to chyba oczywiste – przyznał i tym razem zdołał ją sprowokować, chociaż zdecydowanie nie to było jego celem.
Śmiech, który wyrwał się z gardła Jane, pod koniec brzmiąc raczej jak szloch, miał w sobie coś przenikliwego, tym bardziej, że dźwięk odbił się echem od skrytych w mroku ścian kościoła. Zielone oczy wydawały się wręcz jarzyć w ciemności, dodatkowo utwierdzając Damiena w przekonaniu, że zdecydowanie nie miał przed sobą kogoś, kto mógłby należeć do tego świata. Ona już od dawna tutaj nie pasowała – być może jeszcze na długo przed tym, jak ją poznał, pozwalając, żeby owinęła go sobie wokół palca i…
– Jak śmiesz w ogóle zadawać takie pytania, Damien? – wyrzuciła z siebie na wydechu. Zaskoczyła go tym, że nagle spojrzała na niego w niemalże błagalny sposób, oczami w podejrzany sposób zamglonymi albo… raczej zaszklonymi, chociaż irracjonalnym wydawało się, żeby mogła płakać. – Przecież wiem, że mnie rozpoznałeś. Od samego początku, od pierwszej chwili… Mogłam przybrać postać innej, ale to niczego nie zmieniało. Przyszedłeś tutaj dla mnie, bo cię wezwałam… Przyszedłeś, bo jesteśmy sobie przeznaczeni – oznajmiła spiętym, nieuznającym sprzeciwu tonem.
– Więc Liv…
Nie pozwoliła mu skończyć. Nagle odsunęła się, wydając z siebie przeciągły, wręcz gniewny jęk, który równie dobrze mógłby wydobyć się z gardła rozżalonego, rozkapryszonego dziecka.
– Liv, Liv i Liv! A kim jest Liv, co Damien? Kim ona twoim zdaniem jest?! – zapytała, ale nawet nie czekała na odpowiedź. – Jak możesz mówić o kimś, kogo nawet nie poznałeś? Wy nigdy… Kimkolwiek była ta dziewczyna, nie miałeś okazji poznać niczego, ponad jej ciało, chociaż i ono zadowoliło cię wyłącznie przez wzgląd na mnie. Tylko dlatego – wyszeptała, po czym energicznie potrząsnęła głową. Czarne włosy opadły na bladą twarz, więc odgarnęła je energicznym, gniewnym ruchem. – Cały czas byłam ja… Tylko ja, bo istniejesz dla mnie, tak jak i ja trwam dla ciebie. Przybyłeś tutaj dla mnie.
Jej słowa brzmiały nieprawdopodobnie, a może to po prostu on nie chciał przyjąć ich do świadomości. Potrzebował dłuższego czasu, żeby zinterpretować poszczególne kwestie i doszukać się ich sensu – z tym, że nawet wtedy miał wątpliwości. Z opóźnieniem dotarło do niego, że zarówno on, jak i stojąca przed nim Jane, drży, nie tyle ze strachu, co przez nadmiar emocji. Próbował je stłumić, tak jak robił to przez te wszystkie lata, ale to nie działało, niosąc ze sobą wyłącznie frustrację rozdrażnienie – i nic poza tym, bowiem ucieczka już dawno przestała przynosić ukojenie.
Czegokolwiek by nie zrobił, byłby na straconej pozycji. To wydawało się równie oczywiste, co i świadomość tego, że Jane mówiła prawdę. Być może wiedział o tym od dawna, od pierwszej chwili, kiedy podążając za Liv, bezwiednie wyobrażał sobie kolor jej oczu, jednocześnie wyczekując i obawiając się tego, że będą dokładnie takie same jak te, które wpatrywały się w niego teraz – lśniące i tak intensywnie zielone.
To wszystko od samego początku nie miało sensu. Trwał w czymś, co po prostu nie miało prawa go mieć, od miesięcy podejmując decyzje, które z perspektywy czasu wydawały się pozbawione sensu. Postępował nielogicznie już od chwili, w której zdecydował się wrócić do tego miejsca – tak po prostu, pod wpływem impulsu, który teraz jawił mu się jako czyste szaleństwo. To był ten sam impuls, który nakazał mu podążyć za Liv, który kazał mu ją wielbić i kochać, niezależnie od tego, że właściwie jej nie znał. To było niczym sen, ale…
Ten sam impuls całe wieki temu wyzwolił miłość do Jane – uczucie, które wyparowało z chwilą, w której dostrzegł jej szaleństwo i pierwszy raz zobaczył ją z krwią na rękach.
Impuls, który przecież znał, a jednak raz jeszcze dał mu się zwieść, ale…
– Cały czas robię wszystko dla nas. Naprawdę tego nie rozumiesz? – usłyszał jej nerwowy, niespokojny szept. Być może mówiła już wcześniej, ale dotychczas nie był tego świadom, pogrążony we własnych myślach i zrozumieniu, które pojawiło się tak nagle. – Czy to nie jest najwyższa oznaka miłości, kochany? Poświęciłam dla ciebie aż tyle, chociaż ty… – Jane urwała, po czym uniosła dłoń do gardła. – To również ci wybaczyłam.
– Dlaczego?
Musiał zadać to pytanie. Miał ich wiele, na długo zapomnianych, tym bardziej, że nie sądził, że kiedykolwiek będzie w stanie je z siebie wyrzucić.
– Z miłości – powtórzyła z uporem. – Zawsze chodziło tylko o to… Przez wszystkie te wieki – naciskała, najwyraźniej nie zamierzając odpuścić.
– Więc dlaczego zdecydowałaś się na to dopiero teraz? Gdzie byłaś, kiedy ja…? – Urwał, zresztą kończenie tego pytania wydało mu się zbędne.
– Uważasz, że to ignorancja z mojej strony? Och, Damien! – Jane spojrzała na niego rozszerzonymi do granic możliwości oczami. Wydawała się przerażona tym, co mógłby sobie pomyśleć. – Trwałam w piekle… Piekle, które sam mi zagwarantowałeś – oznajmiła, wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Nie wyobrażasz sobie, co przez cały ten czas przeżywałam… przez tyle czasu… Wiesz, jak to jest trwać w zawieszeniu, nie mogąc odejść ani ruszyć dalej? Utknęłam tutaj, mogąc co najwyżej obserwować… Wszystkie te lata. – Głos wyraźnie jej zadrżał, więc urwała, żeby złapać oddech. – Nie było nikogo, kto mógłby mnie usłyszeć albo zobaczyć. Mogłam krzyczeć i błagać, wić się w nieskończonej agonii, ale nic by nie dało… Wieczna samotność, której zawsze aż tak bardzo się bałam. Poświęciłam się dla ciebie, a ty przyniosłeś mi cierpienie i niekończącą się spiralę smutku – wyszeptała, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – Ale wybaczyłam ci… Zawsze wybaczam. Zawsze, bo ty jako jedyny sprawiłeś, że nie czułam się samotna. Nie ma nic gorszego, niż trwanie w pojedynkę, bez nikogo kochanego u boku.
Mogła kłamać, ale wszystko w nim aż krzyczało, że mówiła prawdę – każde z wypowiedzianych słów, jakże wypełnionych smutkiem i czymś, o co wcześniej jej nie podejrzewał: paraliżującym wręcz strachem przed tym, co ostatecznie okazało się jej codziennością przez wszystkie te lata. Zrozumienie pojawiło się nagle, chociaż nie odważył się powiedzieć tych słów na głos: tego, że jej miłość – jakże bolesna i obsesyjna – była niczym krzyk kogoś, kogo przerażała samotność. To było przerażające, ale prawdziwe, poza tym tłumaczyło, dlaczego wybrała sobie właśnie jego.
Żyła w przekonaniu, że potrzebują siebie nawzajem, tak długo, że naprawdę uwierzyła, że nie ma innego wyjścia.
– A potem pojawiła się Liv… W końcu, po tylu latach – odezwała się cicho Jane, jak gdyby nigdy nic decydując się przerwać panującą ciszę. – To było niczym olśnienie… Coś nagle drgnęło, a ja po prostu to wykorzystałam. To, że mogła mnie wyczuć… I ja mogłam poczuć ją. Okazała się moim kluczem ku wolności, który wykorzystałam – podjęła spiętym tonem. – Kluczem, który wymagał ofiar, ale czy to ma znaczenie? Życie za życie… Cena, którą od dawna byłam w stanie zapłacić. Pozostało mi czekać do dnia, w którym mogłabym to zakończyć… To dnia, w którym granice między światami przestaną istnieć. – Uśmiechnęła się blado. – Do dzisiaj.
– Nie rozumiem… Te wszystkie dziewczyny – powiedział z wahaniem, starannie dobierając słowa. – Ile ich zabiłaś, co? Przez cały ten czas… To nie wystarczyło? One miały przed sobą całe życie. Otrzymałaś dość, żeby żyć… Choćby i w ciele Liv, ale to wystarczyło – dodał z naciskiem, ale ona tylko potrząsnęła głową.
– Powiedziałam już, że ona – skinęła głową na leżące na katafalku ciało – była taka jak ja. – Po wiekach pojawiła się dziewczyna o duszy tak bardzo przypominającej moją… Ktoś, kogo również mógłbyś nazwać wiedźmą, chociaż ona nie była tego świadoma. Moje idealne naczynie… – Urwała, po czym na powrót spojrzała na Damiena. – Ale wszystko ma swoje konsekwencje. Coś za coś… Moc kosztuje. Gdybym tego nie robiła, zabrakłoby mi czasu.
Mniej więcej w tamtej chwili zrozumiał wszystko, być może w o wiele większym stopniu, niż mógłby sobie tego życzyć. Jej zachowanie, te wszystkie ofiary, to, co chciała zrobić miastu… Nie wyobrażał sobie tego, a sama myśl o Jane w pełni mocy – gotowej zabijać, tylko po to, żeby utrzymać się na szczycie – wydała mu się przerażająca. Nie mógł tak po prostu pozwolić jej wykorzystać Samhain w taki sposób, jakiego oczekiwała, bo to byłby koniec – i to zarówno tego miasta, jak i jej samej. Mogła sądzić, że właśnie tego chce i powtarzać, że to akt miłości (cóż, może faktycznie tak było), ale Damien nie potrafił tego zaakceptować.
Problem polegał na tym, że zarazem nie chciał ponownie skrzywdzić Jane. Moment, w którym odebrał jej życie… To mimo wszystko miało go prześladować, zwłaszcza teraz, kiedy dopuścił do siebie te wspomnienia. Jej zachowanie mu nie pomagało, wręcz podsycając wyrzuty sumienia, które odczuwał. Mimo wszystko wierzył, że zrobiła to dla niego, trwając w przekonaniu, że to jedyne wyjście, do którego za wszelką cenę musiała dążyć. Po tym wszystkim wciąż darzyła go uczuciem, chociaż zdecydowanie bardziej właściwa wydawała się nienawiść i pragnienie zemsty, zamiast wybaczenia. Powinien coś zrobić, ale…
Może ją kochał – w jakimś stopniu, nawet pomimo tego, że wymusiła na nim te uczucia. Nie mógł też pozbyć się wrażenia, że Liv stałą się cząstką jego życia, pomimo świadomości, że nigdy nawet się nie poznali.
Zabawne. Kochał martwą dziewczynę i kogoś, kto nawet nie zdawał sobie sprawy z jego istnienia. To wydawało się szalone, ale tej nocy chyba już nie miało być w stanie go zaskoczyć.
– A… Liv. – Spojrzał na Jane, po wyrazie jej twarzy próbując określić, jak dużo pozostało mu czasu. – Chcesz jej śmierci… ponieważ pozwoli ci powrócić. Nie jako człowiekowi, ale…
– Liv ma w sobie dość mocy, żeby oddać mi człowieczeństwo… Ale ja nie chcę być zwykłym człowiekiem, Damienie. Chcę odzyskać to, co mi odebrałeś – powiedziała cicho Jane. – Dlatego pogrzebię to miasto, żeby wszystko wróciło do normy. Wrócę do ciebie, dokładnie taka sama i dopełnię wszystkiego… Tak, jak obiecałam ci wieki temu – wyszeptała, nie odrywając od niego wzroku. – Musiałeś czekać na mnie tyle czasu… I sądzę, że teraz rozumiesz. Wtedy nie, ale teraz musisz rozumieć, czego tak bardzo pragnę.
Och, tak. Teraz rozumiał – ją, sens tego wszystkiego i to, co wydarzyło się tych pięćset lat temu. Zabił ją w takich samych warunkach, nieświadomie zabierając to, co teraz mogła dać Jane Liv – wieczne życie pod postacią kruchego, marnego człowieka, który…
Coś, czym Jane gardziła, a co mogło okazać się dla niej najlepsze – i co mógł jej ofiarować, w nadziei na to, że nowe życie wykorzysta tak, jak powinna. Może pozbawiona zdolności, które doprowadziły ją do szaleństwa, zmieniłaby wszystko, w końcu będąc w stanie normalnie żyć albo…
Może.
– Tak – przyznał tak cicho, że ledwo słyszał sam siebie. – Teraz… chyba rozumiem – dodał, a Jane spojrzała na niego z nadzieją.
– Więc to zrób – rzuciła naglącym tonem. Jej zielone oczy zabłysły, wydając się wręcz lśnić w ciemnościach. Blask świecy rzucał na bladą twarz długie, drgające cienie. – Dla mnie, kochany. Zrób to dla mnie… – powtórzyła, ale Damien tylko potrząsnął głową.
– Zrobię znacznie więcej – zapowiedział, po czym wysilił się na blady uśmiech. – Nie wiem, dlaczego pokochałaś właśnie mnie, Jane, ale… spróbuj zrozumieć, że nie potrzebujesz miłości, żeby być szczęśliwą. Nie takiej za wszelką cenę… Nie sztucznej – powiedział i zawahał się na moment. – Obiecaj mi, że będziesz szczęśliwa… Obie z Liv macie takie być – dodał, a Jane uniosła brwi.
– Nie rozumiem…
Nie czekał, żeby mogła skończyć. W dłoniach wciąż trzymał nóż, który mu podarowała i który zdecydował się wykorzystać, ale bynajmniej nie po to, żeby pozbawić życia dziewczynę na ołtarzu. Tej nocy jak najbardziej miała zostać złożona jedna ofiara, ale nie Liv – nie ktoś, to sobie na to nie zasłużył i kogo śmierć mogłaby pociągnąć za sobą konsekwencje w postaci zniszczenia całego miasta. Szaleństwo Jane nie było tego warte, zresztą…
Och, istniało jedno serce, które powinno przestać bić już dawno temu. Damien nie zastanawiał się, dlaczego do tej pory nie miał odwagi tego zrobić, chociaż to życie – nieskończone, przeciągające się od tylu lat – tak bardzo go męczyło. Być może wszystko sprowadzało się do przeznaczenia, a może w grę wchodziło zwykłe tchórzostwo, ale to w gruncie rzeczy nie miało dla niego żadnego znaczenia.
Jane również zrozumiała, co się dzieje, ale nie dał jej szansy na reakcję. Usłyszał jedynie, że krzyknęła – być może z gniewu, a może czystego przerażenia – dźwięk ten jednak doszedł do niego jakby z oddali, przytłumiony i nieistotny. Przez krótką chwilę był świadom jedynie jakby nierealnego bólu, który musiał sam sobie zadać z chwilą, w której pokusił się o ten jeden, celny cios nożem. Odwieczny czy też nie, nie był w niczym lepszy od ludzi, kiedy zaś ostrze sięgnęło celu…
Przez pierwszych kilka sekund nic się nie działo. W zasadzie mógłby nawet zapomnieć o tym, że nóż przebił skórę, by jak gdyby nigdy nic zagłębić się w sercu. W milczeniu wpatrywał się przed siebie, przez krótką chwilę gotów przysiąc, że wciąż widzi te lśniące, zielone oczy – na swój sposób inne niż do tej pory i bardziej ludzkie. To nie musiało o niczym świadczyć, ale bardzo chciał, żeby tak było.
A potem w końcu przyszła ulga i wszystko zniknęło.
Raz na zawsze.
~*~
Obudził ją szloch; rozdzierające zawodzenie, które wdarło się do jej świadomości, wyrywając ze snu. Czuła przeszywający ból głowy, ale ten zszedł na dalszy plan z chwilą, w której usłyszała coraz głośniejszy, przybierający na sile płacz. To wystarczyło, żeby otworzyła oczy, podrywając się do pionu tak gwałtownie, że aż zawirowało jej w głowie. Gwałtownie zaczerpnęła tchu, po czym skrzywiła się, dziwnie oszołomiona i z wrażeniem, że spała bardzo, ale to bardzo długo.
W następnej sekundzie zamarła, zdolna tylko bezmyślnie rozglądać się dookoła i próbować zrozumieć, gdzie i dlaczego była. Serce Liv omal nie wyskoczyło z piersi, kiedy uświadomiła sobie, że siedzi na zimnym, kamiennym stole – być może ołtarzu, bo sądząc po wystroju pomieszczenia, które była w stanie dostrzec w łagodnym blasku świec, najpewniej znajdowała się w kościele. Gdzie…?, pomyślała w oszołomieniu, ale przecież podświadomie wiedziała, jak przez mgłę pamiętając, gdzie wybrała się na spacer. To było jedno z ostatnich wspomnień – wędrówka przez las w okolicach dawno opustoszałej kapliczki, która wydawała się ją przyciągać jak magnes, w równym stopniu fascynując, co i niepokojąc. Pamiętała, że tam szła, ale…
Później nie było już nic prócz strachu i odległego, jakby nierealnego wspomnienia paraliżującego jej ciało bólu. Teraz z kolei znajdowała się tutaj, ale chociaż to odkrycie powinno ją przerazić, z jakiegoś powodu czuła się spokojna. To było tak, jakby jakaś jej cząstka wiedziała o czymś, czego ciało nie pamiętało, chociaż to przecież wydawało się niemożliwe.
Nie chciała zastanawiać się nad tym, co tutaj robiła i dlaczego leżała na tym stole, otoczona świecami. Uwaga Liv na powrót skupiła się na szlochu, kiedy zaś powiodła wzrokiem dookoła, na krótką chwilę zamarła, dostrzegając ślady krwi. Lepka osoka znaczyła zarówno ołtarz, jak i jej sukienkę, jednak najwięcej śladów dziewczyna dostrzegła na posadzce, choć nigdzie nie widziała ciała, z którego ta mogłaby wypływać.
Dostrzegła za to drobną, klęczącą na ziemi postać. Kobieta nie patrzyła na nią, przyciskając obie dłonie do twarzy i zanosząc się szlochem. Ciemne włosy przysłoniły policzki, ale to nie powstrzymało jej przed dostrzeżeniem spływających po bladych policzkach łez. Nieznajoma raz po raz drżała, chyba jedynie cudem będąc w stanie utrzymać równowagę, co sprawiło, że Liv zapragnęła jak najszybciej do niej dopaść i powstrzymać; zrobić… cokolwiek. Czuła, że powinna, bardziej przejęta rozpaczą nieznajomej, zupełnie jakby jakimś cudem powinna być w stanie ją zrozumieć – i to pomimo tego, że ta przecież pozostawała jej obca.
– Hej… Hej, wszystko w porządku? – zapytała cicho, a potem ostrożnie zsunęła się ze stołu, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy drobnej postaci.
Płacząca nie zareagowała od razu, wzdrygając się dopiero z chwilą, w której Liv znalazła się tuż obok i położyła jej dłoń na ramieniu. Z gardła kobiety wyrwał się jeszcze jeden cichy jęk, a potem w końcu spojrzała na stojącą przy niej dziewczynę. Miała ładne, zielone oczy i łagodnie zarumienione policzki, wciąż mokre od świeżych łez.
Liv wypuściła powietrze ze świstem, po czym bardzo ostrożnie przykucnęła naprzeciwko niej.
– Co się stało? – podjęła, siląc się na łagodny ton. – Zraniłaś się? Tutaj wszędzie jest krew, ale…
– Nie. – Nie sądziła, że kobieta w ogóle będzie w stanie jej odpowiedzieć. Jej głos okazał się melodyjny, chociaż przytłumiony przez ledwo stłumiony szloch. – Nie jestem ranna, ale… Jestem – dodała i chociaż ostatnie słowo wydawało się całkowicie wyrwane z kontekstu, z jakiegoś powodu sprawiło, że Liv udało się blado uśmiechnąć.
– W porządku… Potrzebujesz pomocy? – drążyła dalej, jednocześnie bez pytania ujmując nieznajomą pod rękę. – Nie pamiętam, co się stało, ale… czuję, że powinnam ci pomóc. Poznałyśmy się już wcześniej? – dodała pod wpływem impulsu.
Nie rozumiała dziwnej mieszanki spokoju, ulgi i przeszywającego żalu, które ją wypełniały, ale to nie miało znaczenia. Liv już jakiś czas temu przywykła do tego, że czasami wiedziała więcej, niż mogłaby się tego spodziewać. Rozumiała ludzi, często czytając w nich niemalże jak w otwartych księgach, czym niezmiennie ich szokowała. To było niczym szósty zmysł – umiejętność, którą jedni mogliby uznać za dar, a inni za przekleństwo.
W przypadku tej kobiety, Liv była w stanie doszukać się wyłącznie zagubienia i… samotności. Pragnień tak silnych, że nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie przejść wobec tych uczuć obojętnie. Coś ją do niej przyciągało – rodzaj podobieństwa, które dostrzegała, chociaż zarazem nie była w stanie go zinterpretować.
To i poczucie tego, że powinna przy nieznajomej być. Tak po prostu, niezależnie od wszystkiego.
Obiecaj mi, że będziesz szczęśliwa…
Zadrżała, porażona intensywnością tej myśli – pozornie należącej do niej, ale jednak obcej. Czuła się prawie jak wyrwana ze snu, z którego po długim czasie udało jej się wyrwać. Koszmaru, z którego uciekła, chociaż nadal miała coś do zrobienia.
Coś, co wiązało się właśnie z tą kobietą.
Poczuła ulgę, kiedy nieznajoma nie zaprotestowała, kiedy spróbowała podciągnąć ją do pionu. Obie chwiejnie stanęły na nogi, Liv dodatkowo powstrzymując swoją niespodziewaną, roztrzęsioną towarzyszkę.
– Jak masz na imię? – zapytała cicho, chociaż czuła, że i to powinna wiedzieć.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim kobieta raz jeszcze przeniosła na nią swoje lśniące, zielone oczy.
Jane – wyszeptała i to zabrzmiało tak, jakby sama we własne słowa nie wierzyła. – Mam na imię Jane.

sobota, 4 lutego 2017

|10| „Mówiłeś mi: na zawsze”

Przebudzenie przyszło nagle, szokujące i nieprzyjemne. W głowie miał mętlik, jednak nic nie było w stanie sprawić, żeby tak po prostu zapomniał o tym, co się wydarzyło. Nawet gdyby miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy zakończenie wieczoru było prawdziwe, sama świadomość tego, że zdecydowanie nie był w domu, okazałaby się wystarczająco wymowną odpowiedzią. Jakby mało było tego, że właściwie leżał na posadzce, w grę wchodziło jeszcze nucenie – niepokojąco znajomy, czysty głos, melodyjnie wyśpiewujący słowa, których znaczenia mógł co najwyżej się domyślać, a które już kiedyś słyszał.
Gwałtownie napiął mięśnie, coraz bardziej zaniepokojony sytuacją. W pośpiechu poderwał głowę, próbując wesprzeć się na rękach i rozejrzeć dookoła. W pomieszczeniu, w którym się znajdował, panował półmrok, ale to nie miało dla Damiena najmniejszego nawet znaczenia. W powietrzu dało się wyczuć kurz – nieprzyjemny i drażniący płuca – jednoznacznie świadczący o tym, że nikt od dawna nie przekroczył progu miejsca, w którym ostatecznie przyszło mu się obudzić. Kiedy w milczeniu rozejrzał się dookoła, w mroku zdołał rozróżnić kilka początkowo niejasnych dla niego kształtów – coś, co ostatecznie rozpoznał jako całe rzędy wyniszczonych ławek. Wkrótce po tym jego uwagę przykuły sporych rozmiarów okna, zdobione miejscami zniszczonymi, kolorowymi witrażami. Miał wrażenie, że każdy z nich przedstawiał jakiś konkretny kształt, ale w ciemnościach trudno było rozróżnić poszczególne z nich, nie wspominając o tym, że to i tak nie miało w tamtej chwili najmniejszego nawet znaczenia.
Gdzie był? W kościele? Tak to wyglądało, chociaż kiedy wysilił się, chcąc przypomnieć sobie coś więcej, zrozumiał, że to najpewniej stara kapliczka, o której wielokrotnie słyszał. Chyba sama Liv mu o tym wspominała, chociaż z drugiej strony… Och, chyba nawet o tym śnił – o moście w środku lasu, prowadzącym do tej części gęstwiny, od której podświadomie chciał trzymać z daleka zarówno siebie, jak i dziewczynę, którą pokochał. Dopiero w tamtej chwili dotarło do niego, że już wtedy musiał mieć do czynienia z Jane, która zwodziła go według własnego uznania, mieszając w głowie i podsycając uczucia, które…
Nie, niezależnie od wszystkiego nie potrafił sobie tego wyobrazić. To brzmiało niczym jakiś okrutny żart – każde słowo, które padło z ust Liv albo… Nie chciał się nad tym zastanawiać, ale prawda była taka, że rozumiał o wiele więcej, aniżeli mógł sobie życzyć – i to łącznie z tym, że być może nigdy tak naprawdę nie poznał tej, której tak wiele razy wyznawał miłość.
Energicznie potrząsnął głową, chcąc jak najszybciej odrzucić od siebie niechciane myśli. Musiał się stąd wydostać i to najlepiej tak szybko, jak tylko miało być to możliwe. O dziwo podniesienie się do pionu przyszło mu z łatwością, tym bardziej, że ciało nie próbowało odmawiać mu posłuszeństwa. Nie miał pojęcia, co tak naprawdę się wydarzyło i jakim cudem znalazł się w tym miejscu, ale to i tak nie miało znaczenia – najmniejszego, a może po prostu nie chciał, żeby tak było. Zachwiał się nieznacznie, przynajmniej w pierwszym odruchu, bo zaraz po tym zdołał we względnie bezproblemowy sposób odzyskać pion. Ze świstem wypuścił powietrze, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na niepokój, który pojawił się wraz z przeszywającym bólem głowy. Jakby tego było mało, w końcu pamiętał, rozumiejąc o wiele więcej, aniżeli mógł sobie tego życzyć.
Nie chciał tego. Już i tak wystarczająco długo trwał ze świadomością rzeczy, które wydarzyły się w przeszłości – przekleństwa, o którym wolałby raz na zawsze zapomnieć, co zresztą do pewnego stopnia mu się udawało. Nie zmieniało to jednak faktu, że przeszłość wciąż gdzieś się tam czaiła, a to, że przez te wszystkie wieki po prostu istniał, wydawało się wystarczająco okrutną karą samą w sobie.
Nieśmiertelność nie miała w sobie niczego, co byłby w stanie docenić. Początkowo nie wierzył w to, czego pragnęła dla nich oboje Jane – wiecznego życia i potęgi kosztem niczego niewinnych ludzi… Ba! Całego miasta, które tak bardzo pragnęła zniszczyć. Teraz dobrze pamiętał jej obłąkańczy uśmiech i błysk w aż nazbyt znajomych, intensywnie zielonych oczach. Pamiętał własne przerażenie, kiedy zdecydowała się uświadomić mu, że była kimś więcej, niż zwykły, przeciętny człowiek. W czasach, które oboje im były znane, bez chwili wahania zostałaby uznana za pomiot szatana i spalona na stosie – i, cholera, być może tak byłoby dużo lepiej.
Może gdyby nie milczał przez tyle czasu, rozdarty pomiędzy strachem a miłością, która nawet nie musiała być prawdziwa, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Ale kochał ją, a przynajmniej tak sądził. Może przy odrobinie szczęścia zdołałby zaakceptować to, kim była, tym bardziej, że pozostawała dla niego ważna. Czarownica czy nie, wciąż była kobietą, która go urzekła i z którą chciał spędzić życie – przynajmniej wtedy, w pamięci wciąż mając wiele wspólnie spędzonych chwil. Nie chciał zastanawiać się nad tym, czy to było prawdziwe, czy może już wtedy nakazała mu żyć w iluzji, którą była w stanie stworzyć. Wolał nie wiedzieć, czy przypadkiem go nie zwodziła, przekonując do istnienia czegoś, co w rzeczywistości pozostawało sztuczne, bo to nie miało znaczenia.
Jednak, niezależnie od wszystkiego, nie był w stanie tak po prostu trwać przy kimś, kto wydawał się zachowywać niczym obłąkany, dążąc do czegoś, co w Damienie wzbudzało czyste przerażenie. Jane zmieniała się na jego oczach, choć może lepszym określeniem byłoby to, że nareszcie pokazała mu swoją prawdziwą twarz – okrutną, bezwzględną…
Niebezpieczne piękno, które ostatecznie zginęło z jego rąk.
Jak przez mgłę pamiętał tamten wieczór, chociaż to on zapoczątkował piekło, w którym przyszło mu żyć. Bezwiednie zacisnął dłonie w pięści, samemu sobie nie potrafiąc wytłumaczyć, kiedy i jakim cudem w ogóle znalazła się pod nim, podczas gdy on zaciskał dłonie na jej smukłej szyi. Z drugiej strony, co innego mu pozostało? Nie mógł pozwolić jej zostać – nie w sytuacji, w której mogła okazać się zniszczeniem dla wszystkich wokół. Wtedy to miało sens, choć gdyby zdawał sobie sprawę z tego, jaką cenę przyjdzie mu ponieść, być może zdołałby się powstrzymać. Rozumiał, że zaklęcie wymagało ofiary – śmierci, z którą Jane nagle zaczęła się utożsamiać – jednak w tamtej chwili nie przyszło mu do głowy, że czary, które praktykowała, okażą się wystarczająco potężne, by zadziałać nawet po jej śmierci.
Długowieczność wymagała ofiary, a on bezwiednie ją złożył, tym samym skazując siebie na trwanie w najgorszym z możliwych stanów – wieczne życie, które po tym wszystkim nie miało prawa być normalne. Nie chodziło już nawet o to, że mógłby zabić kogoś, kogo być może kochał, ale… o coś więcej. Nie mógłby trwać w rodzinnym domu, skoro w niczym nie przypominał dawnego siebie. Nie był w stanie ryzykować, że ktokolwiek zauważy, że coś się wydarzyło – że połączy fakty i rozumie, że jedna noc zmieniła dosłownie wszystko, naruszając prawa, którymi przez całe eony rządził się świat. Co gorsza, nie był w stanie tak po prostu siedzieć i patrzeć, jak wszystko i wszyscy ci, którzy mieli dla niego znaczenie, ot tak przemijają, podczas gdy on nadal trwa. Być może to było samolubne, ale wtedy nie myślał takimi kategoriami, z kolei teraz…
Cóż, teraz było za późno.
Coś ścisnęło go w gardle, ale zignorował to uczucie. To nie była pora na żal, roztrząsanie przeszłości i wahanie się nad tym, co takiego zrobił źle. Nie liczyło się, czy kochał Jane i czy kiedyś byłby gotów zrobić dla niej wszystko, czy też może istniała granica, której za żadne skarby by nie przekroczył. Istniało wiele kwestii, którymi mógłby się zadręczać, ale nie zamierzał tego robić – nie teraz, kiedy wszystko skomplikowało się aż do tego stopnia. Teraz liczyło się przede wszystkim to, że musiał się stąd wydostać, a później… Cóż, nie miał pojęcia, nie pierwszy raz nie potrafiąc stwierdzić, co i dlaczego powinien zrobić. Być może liczył na cud, ale to wydawało się lepsze, niż gdyby na wstępie załamał ręce.
W milczeniu powiódł wzrokiem dookoła, z opóźnieniem zwracając uwagę na najważniejszą część kościoła – główną nawę, a zwłaszcza ołtarz, zupełnie jakby od samego początku wiedział, że to, co tam zobaczy, nie przypadnie mu do gustu. Czas zrobił swoje, zresztą w ciemnościach trudno było mu dostrzec szczegóły, ale widział dość, żeby stwierdzić, że właśnie tam powinien się udać. Z jakiegoś powodu serce Damiena zabiło szybciej, kiedy zauważył drobną, dziewczęcą postać, która spoczywała na kamiennym stole, niczym jakaś szmaciana, porzucona laleczka. Widział falującą pierś, co utwierdziło go w przekonaniu, że nie była martwa, ale to nie poprawiło mu nastroju, wręcz podsycając odczuwany przez mężczyznę niepokój. Wszystko jest tylko kwestią czasu, pomyślał mimowolnie i to wystarczyło, żeby zdołał ruszyć się z miejsca, stopniowo zmierzając w stronę ołtarza, chociaż wszystko w nim aż rwało się do tego, by uciec.
– Liv… – wyrwało mu się.
Wyglądała, jakby spała, a przynajmniej takie wrażenie odniósł w chwili, w której znalazł się na tyle blisko, żeby dostrzec jej twarz. Rude włosy tworzyły wokół jej głowy płomienną aureolę, co wydawało się dość ironiczne, zważywszy na miejsce, w którym oboje się znajdowali. Jedna ręka zsunęła się z wąskiego blatu, bezwładnie sięgając ku ziemi, ale nie była w stanie dosięgnąć posadzki. Nawet nie drgnęła, kiedy wypowiedział jej imię, tym samym potęgując odczuwany przez Damiena niepokój, choć przecież podejrzewał, że jego starania nie przyniosą żadnego skutku.
Zawahał się, przez krótką chwilę mając ochotę chwycić dziewczynę za ramiona i energicznie nią potrząsnąć. Pomyślał, że mógłby wziąć ją na ręce i stąd zabrać, ale instynkt podpowiadał mu, że to byłoby zbyt proste i że nie powinien tego robić. To wszystko miało jakiś głębszy sens, ale…
Aż wzdrygnął się, kiedy dotychczas pogrążone w ciemnościach pomieszczenie rozświetlił łagodny blask dziesiątek świec. Wcześniej nie był w stanie ich zobaczyć, starannie ustawionych zarówno na, jak i wokół ołtarza. Zamrugał, po czym cofnął się o krok, w następnej sekundzie przenosząc wzrok na kolejną, spokojnie stojącą przy jednym z witrażowych okien postać. Zamarł na widok Jane – dokładnie takiej samej, jak wieki temu i… na pierwszy rzut oka jak najbardziej żywej, chociaż to wydawało się niemożliwe. A jednak przecież wyraźnie widział olśniewający uśmiech na jej twarzy, ciemne włosy i… Och, tak – zielone oczy, które miały prześladować go już chyba po kres wieczności, dręcząc zarówno w snach, jak i wtedy, gdy pozostawał w pełni przytomny.
Bez pośpiechu odwróciła się w jego stronę, ostrożnie zmierzając ku ołtarzowi na którym leżała Liv. Poruszała się z lekkością i gracją, która wydawała się czymś nieosiągalnym dla człowieka, nie wydając przy tym najdelikatniejszego choćby dźwięku. Wrażenie było takie, jakby sunęła w powietrzu, co Damien uznał za aż nadto prawdopodobne. Zwłaszcza tren długiej, czarnej sukni, którą miała na sobie, w nienaturalny sposób wił się wokół jej kostek, sprawiając, że Jane wydała mu się jeszcze bardziej eteryczna. Niczym duch, którym przecież musiała być. Przez ułamek sekundy był gotów przysiąc, że stała się przeźroczysta, zwłaszcza kiedy znalazła się bliżej świec, a ich blask zaczął igrać z jej skórą. Było coś niepokojącego w tym, jak wyglądała w świetle, a chłopak mimowolnie pomyślał, że to dlatego, że tak naprawdę nie należała do tego świata – nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać.
– Tyle czasu… – Jej głos był łagodny i znajomy, Damien zaś poczuł się tak, jakby ostatni raz widzieli się zaledwie wczoraj. Wiedział, że to niemożliwe, skoro własnoręcznie pozbawił te lśniące, zielone oczy blasku, ale… – Obiecałam ci, prawda? Jasne, że tak.
– Przestań.
Zacisnęła usta, po czym spojrzała na niego w co najmniej urażony sposób. Mimo wszystko trudno było mu określić emocje, które nią targały, być może dlatego, że w duchu wciąż przekonywał samego siebie, że te nie mogą być prawdziwe. Jak miałoby być inaczej, skoro miał przed sobą martwą kobietę?
Zabawne. Jeszcze pięćset lat temu taki widok by go zszokował, ale teraz…
Och, wszystko było inne.
– Znowu mnie ranisz, Damien. Wydawało mi się, że już rozmawialiśmy na ten temat – zauważyła, po czym z cichym westchnieniem spojrzała na Liv. Właściwie nie zarejestrował momentu, w którym dosłownie zmaterializowała się przy ołtarzu, w następnej sekundzie decydując się wyciągnąć bladą dłoń ku twarzy dziewczyny. – Moje naczynie… Podoba ci się? W zasadzie nie wiem, dlaczego ją wybrałam, ale to teraz nie ma znaczenia. Potrzebowałam kogoś, kto pomagałby mi, zanim… mogłabym pozwolić sobie na coś więcej.
Coś w jej słowach go zaniepokoiło, chociaż początkowo sam nie był pewien, co takiego było tego powodem. Mimowolnie napiął mięśnie, uważnie śledząc wzrokiem Jane i spodziewając się po niej… dosłownie wszystkiego. Co więcej, wpatrując się w nią – znajome rysy twarzy, łagodny uśmiech, te oczy… – czuł się niemalże jak w transie, zupełnie jakby śnił, chociaż to wydawało się niemożliwe.
– O czym mówisz? – zapytał cicho.
Wcale nie był pewien, czy chciał poznać odpowiedź na to pytanie. Musiał je zadać – to wydawało się naturalne – ale mimo wszystko…
– Nie rozumiesz? – Wydała się rozczarowana takim stanem rzeczy. – Och… Mówiłeś mi „na zawsze”, Damien. To twoje słowa… Naprawdę sądziłeś, że pozwolę ci pokochać inną?
– To teraz nie ma znaczenia – zniecierpliwił się. Zmusił się do tego, żeby uciec wzrokiem gdzieś w bok, chociaż przyszło mu to z trudem. – Liv nie…
– Liv – przerwała mu ze śmiechem. – Porozmawiajmy o niej, co? W końcu upierasz się, że ją poznałeś… Ach, kochasz ją?
To pytanie go zaskoczyło, może nawet bardziej niż cała ta sytuacja. Jego spojrzenie jak na zawołanie powędrował na spokojną twarz leżącej na ołtarzu dziewczyny – tej samej, za którą przez ostatnie miesiące był gotów oddać życie i która nie tak dawno temu ufnie się do niego tuliła, kiedy razem tańczyli na zorganizowanej w miasteczku uroczystości. Teraz to wszystko wydawało się bardzo odległe, zupełnie jakby przytrafiło się komuś innemu – i to na dodatek całe lata temu, tak dawno, że równie dobrze mógłby tego nie pamiętać. To było tak, jakby jeden wieczór i rozmowa z Adeline zmieniły wszystko, wyrywając go z letargu, w którym trwał przez tyle czasu. Już chwila, w której zdecydował się na powrót do tego miejsca, miała w sobie coś szalonego – coś, co wynikło z zaledwie jednego, nic nieznaczącego impulsu, któremu postanowił się podporządkować. Wszystko, co robił od tamtego momentu, wyglądało w ten sam sposób; kolejne decyzje, które przychodziły mu ot tak, całkowicie poza kontrolą i…
Teraz z kolei stał, patrzył na Liv i nie miał pojęcia, co takiego powinien odpowiedzieć na zadane mu pytanie. Jeszcze kilka godzin temu by się nie zawahał, wręcz irytując się na samą myśl o tym, że ktokolwiek miałby podważyć uczucie, którym darzył tę dziewczynę. Przecież to było oczywiste, prawda? Kochał ją, odkąd zobaczył ją po raz pierwszy – tak po prostu, bez konkretnego powodu i doszukiwania się sensu w miłości, która wywiązała się zdecydowanie zbyt doskonała i gwałtowna, by mogła być prawdziwa.
Bo może nie była… Być może nic takie nie było.
Czuł, że Jane go obserwuje – spokojna i rozluźniona, czego bynajmniej nie dało się powiedzieć o nim. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w twarz Liv, bijąc się z myślami i próbując zrozumieć, dlaczego teraz wydawała mu się tak odległa – wręcz obojętna, zupełnie jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Nie sądził, że to będzie w ogóle, a jednak im dłużej się nad tym zastanawiał, tym więcej sprzeczności dostrzegał – w tej sytuacji, przeszłości, swoim zachowaniu… We wszystkim, co do tej pory uważał za właściwe, tym bardziej, że składało się na jego teoretycznie doskonałe życie – to samo, które tak bardzo chciał przejść z Liv przy boku.
– Ach… Tak sądziłam. – Tych kilka słów wystarczyło, żeby z powrotem przeniósł wzrok na Liv… A potem zamarł, widząc, że ta spokojnie stała, obracając w palcach długi, lekko zakrzywiony nóż. – Spadła mi z nieba, wiesz? I wydała mi się idealna… Wiesz, miałam dość żerowania. Przez tyle czasu błąkałam się po okolicy… Cierpiałam, nie mogąc zaznać spokoju… Ona była niczym przeznaczenie, Damien – stwierdziła z przekonaniem. – Słodka, kochana Liv ze swoim otwartym umysłem i o ezoterycznej duszy. Dawno nie spotkałam kogoś o tak silnej aurze… Gdyby chciała, mogłaby uprawiać czary. Kto wie, może nawet mogłaby rozwinąć dar jasnowidzenia.
Słuchał jej, ale prawie nie zwracał uwagi na poszczególne słowa. Jego spojrzenie na powrót spoczęło na Liv, w pamięci zaś jak na zawołanie zamajaczyło wspomnienie ich rozmowy u Adeline – to, jak roztrzęsionym głosem opowiadała mu, że przewidziała jego nadejście… I że wiedziała rzeczy, których nie powinna. Oczywiście, że to zaakceptował, jak najbardziej będąc w stanie zrozumieć to, co wykraczało poza ludzkie pojęcie. Co więcej, Liv w niczym nie przypominała Jane – nie tę szaloną, skłonną poświęcić wszystkich wokół kobietę, marzącą o nieśmiertelności.
– Liv… Liv była pierwsza, czy po prostu miała szczęście? – zapytał z wahaniem, mimowolne zaczynając się zastanawiać, co z innymi dziewczętami. Te wszystkie, które zaginęły, a które…
– Och, uważasz mnie za potwora, Damien? – zapytała z wyraźnym rozczarowaniem Jane. Przez jej twarz przemknął cień, co zaniepokoiło go tym bardziej, że w dłoniach wciąż ściskała nóż. – Nie miałam powodów, żeby zabijać przed jej pojawieniem się… I tak nie miałam jak. Ale naczynie potrzebuje ofiary, prawda? – zapytała cicho, w niemalże łagodny sposób. – Skoro tylko przelew krwi mógł zagwarantować mi istnienie, przelałam ją. Jej rękami… Dałam jej wszystko, co we mnie najlepsze. Wszystko, czego potrzebowała, chociaż to przecież należało do mnie.
To, co mówiła, było przerażające, ale wydawało się niczym, w porównaniu z niepokojem, które wzbudzał w nim scenariusz, który powoli zaczął formować się w jego umyśle – coś przerażającego i nierealnego zarazem, co… po prostu nie mogło być prawdziwe.
Nie mogło, ale…
– Wciąż nie jestem prawdziwa… Czujesz to, czyż nie? Och, kochany… – Jane westchnęła, po czym nieznacznie potrząsnęła głową. – Musiałam długo czekać, chociaż dzięki Liv to stało się dużo prostsze. Dzisiejsza noc… Ale to tylko kwestia czasu. To już jest koniec, ale najpierw… – Zamilkła, po czym bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyciągnęła nóż w jego stronę. – Zrobisz to dla mnie? Uwolnij mnie, Damien. Chciałabym, żebyś to ty był tym, który podaruje mi wieczne życie… Nasza druga szansa, pomimo tego, co wydarzyło się ostatnim razem. Ja ci to wybaczyłam, kochany, więc… po prostu mnie nie zawiedź.
– Ja nie…
– Nie rozumiesz? – przerwała mu. – Rozmawialiśmy już dzisiaj o Samhain, Damien. Tkwię na granicy… Tyle czasu tkwiłam, ale teraz wszystko jest inne. Ona już nie jest mi potrzebna, poza tym jest dość silna, żeby pozwolić mi wrócić… Rozumiesz to? – zapytała z fascynacją w głosie. – Moje naczynie i doskonała ofiara, bardziej praktyczna niż te chwilowe przedłużenia życia, które miewałam do tej pory… Jeśli zginie dzisiaj, to wystarczy. To jedno, żebym mogła znowu stanąć u twojego boku. – Spojrzała na niego z błyskiem w oczach. Drgnął, kiedy przesunęła się w taki sposób, by móc stanąć naprzeciwko niego, w następnej sekundzie kładąc drobne dłonie na jego ramionach, tym bardziej, że wyraźnie poczuł jej dotyk… Och, tak, dotykała go! – Po tylu moich poświęceniach, staraniach, udawaniu…
Udawaniu… To wszystko było iluzją…?
Nie mogło być. Ale musiał się upewnić – chociaż tyle.
– Jane… – Jego własny głos zabrzmiał dziwnie, kiedy jednak zdecydował się odezwać. Poruszając się trochę jak w transie, ujął oferowany mu nóż, po czym wyciągnął wolną rękę w stronę policzka kobiety – nienaturalnie chłodnego i dziwnego w dotyku, ale jednak prawdziwego. W tamtej chwili przeszedł go prąd, ale nie zwrócił na to uwagi. – Jeszcze jedna rzecz.
– Tak, kochany? – zachęciła.
Zmusił się do zachowania spokoju, chociaż wszystko w nim aż rwało się, żeby zacząć krzyczeć albo najlepiej od razu uciec.
– Kogo tak naprawdę kochałem? – zapytał i zaraz coś ścisnęło się w gardle. Chyba jedynie cudem zdołał zebrać się w sobie na tyle, żeby dokończyć: – Kto trwał przy mnie przez te wszystkie miesiące…?
Znowu z poślizgiem, ale nie mogłam się zebrać – może z obawy przed tym, że coś pójdzie nie tak, bo bardzo nie chcę tego zakończenia zepsuć. Rozdział i tak wygląda inaczej, niż pierwotnie miałam w planach, a ja wciąż zastanawiam się, czy wszystko faktycznie rozegra się w epilogu, czy może pokuszę się o dodatkowy rozdział. Cóż, zobaczymy. Jak na razie jestem zadowolona, chociaż…
Dziękuję za obecność i komentarze. Witam nowych czytelników – to cudownie wiedzieć, że Was mam. Teraz najwyżej zjecie mnie, jeśli to wszystko popsuję, ale nie mam nic przeciwko. Prawda zawsze jest najlepsza, nie? Niemniej trzymajcie za mnie kciuki :D
Do napisania, możliwe, że po raz ostatni tutaj!

niedziela, 22 stycznia 2017

|09| „Grzechy Twego życia zawsze Cię dogonią”

Liv znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki – chorobliwie blada, poważna i wyraźnie podenerwowana. Kiedy ją zobaczył, pierwszy raz doświadczył czegoś, o co zdecydowanie by się nie podziewał: poczuł strach. To skutecznie wytrąciło Damiena z równowagi, wzbudzając w nim ni mniej, ni więcej, ale wątpliwości. Ze wszystkich możliwych emocji doświadczył akurat tej, która nie powinna mieć racji bytu – nie w przypadku dziewczyny, której dotychczas był gotów bronić na wszystkie możliwe sposoby, darząc ją uczuciem o wiele silniejszym, niż jakiekolwiek inne, którego przyszło doświadczyć mu w życiu.
A jednak widząc ją tamtego wieczora, tak nienaturalnie wręcz skupioną, naprawdę zaczął się bać. W pamięci wciąż miał przebieg rozmowy z Adeline – każde słowo, które padło z ust kobiety, jakimś cudem wzbudzając w nim wątpliwości. Wszystko to, czego był świadom do tej pory, zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, a Damien przekonał się, że nieświadomie dotarł do swego rodzaju granicy. Wcześniej w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że w przypadku czegokolwiek, co dotyczyło Liv, mogłaby istnieć, a jednak kiedy znalazł się tuż przy niej, bliski tego, żeby posunąć się krok dalej i ją przekroczyć…
Czuł, że jeśli sobie na to pozwoli, wtedy zmieni się wszystko. Problem polegał na tym, że zdecydowanie nie był na takie posunięcie gotowy.
Milczał zdecydowanie zbyt długo, by okazało się to naturalne. Czuł na sobie przenikliwe spojrzenie Liv; te dziwne, obce tęczówki wydawały się go przenikać, jedynie podsycając odczuwane przez mężczyznę wątpliwości. Choć wiedział, że to wina soczewek – tak przynajmniej twierdziła dziewczyna, a on nie miał podstaw, żeby jej nie wierzyć – coś w zieleni jej oczu niezmiennie przyprawiało go o dreszcze. Zwłaszcza po tym, co powiedziała mu Adeline, mógł spodziewać się dosłownie wszystkiego, jednak z drugiej strony… to przecież o niczym nie świadczyło, prawda?
Nie mogło, ale…
– Słyszałeś o co cię zapytałam, Damien? – Głos Liv wyrwał go z zamyślenia. Brzmiał zupełnie inaczej niż zazwyczaj, na swój sposób chłodny i co najmniej… niepokojący. – Gdzie byłeś? Martwiłam się – dodała, ale coś w jej tonie sprawiło, że zorientował się, że chodzi o coś więcej.
Instynktownie napiął mięśnie, kiedy dziewczyna z wolna ruszyła w jego stronę. Przez twarz Liv przemknął cień, ale nie skomentowała zachowania Damiena ani słowem, w zamian udając, że niczego nie dostrzega. Poruszała się ostrożnie, z gracją, która z jakiegoś powodu wprawiła go w konsternację. Być może to rozmowa z Adeline oraz fakt, że ostatecznie znaleźli się z Liv sam na sam w ciemnościach, sprawiły, że czuł się aż tak nieswojo, niemniej nie podobało mu się to. Pierwszy raz nie chciał, żeby dziewczyna znalazła się blisko, choć jeszcze godzinę wcześniej dałby się pokroić, byleby tylko móc wziąć ją w ramiona i mieć pewność, że nic jej nie groziło.
– Przepraszam cię – odezwał się z opóźnieniem, decydując się wziąć w garść. Wciąż uważnie obserwował Liv, podświadomie woląc kontrolować każdy kolejny krok. W oszołomieniu uświadomił sobie, że czuł się trochę tak, jakby nagle znalazł się sam na sam z dzikim zwierzęciem, które w każdej chwili mogło pokusić się o skoczenie mu do gardła. – Zniknęłaś mi z oczu i tak jakoś… Szukałem cię – dodał, ale ona tylko potrząsnęła głową.
– U Adeline? – rzuciła takim tonem, że już nie miał najmniejszych nawet wątpliwości co do tego, że mu nie wierzyła.
Liv przystanęła w niewielkim oddaleniu od niego, gniewnie mrużąc oczy i nawet na moment nie odrywając od Damiena wzroku. Choć to wydawało się bez sensu, w tamtej chwili był gotów przysiąc, że jej zielone tęczówki dosłownie jarzyły się w ciemnościach, trochę jak u kota.
Liv… – zaczął, po czym zamarł, bo tym razem po prostu się roześmiała.
Ten dźwięk okazał się zupełnie inny od tego, którego mógłby się po niej spodziewać, tym bardziej, że w niczym nie przypominał tego melodyjnego, niewinnego śmiechu, którym oczarowała go już podczas pierwszej rozmowy. Jakby tego było mało, wydał mu się znajomy – i to nie tylko dlatego, że już miał okazję go usłyszeć podczas jednego ze snów, które dręczyły go od chwili przyjazdu do tego miejsca. To było coś więcej, choć za wszelką cenę usiłował o tym zapomnieć, uparcie odpychając od siebie te najgorsze, dawno zepchnięte w zakamarki umysłu wspomnienia.
Niemożliwe. Po prostu nie, ale…
– Liv, posłuchaj… – zaczął raz jeszcze, ale tym razem dziewczyna nie pozwoliła mu dokończyć.
– Daj mi spokój z tym imieniem! – wybuchła, w ułamku sekundy tracąc cierpliwość. Tym razem już nie miał wątpliwości co do tego, że najpewniej dobrze wiedziała o czym rozmawiał z Adeline. Nie miał pojęcia jakim cudem mogła tego dokonać, ale jakie to właściwie miało znaczenie? – Wciąż to robisz i… Ach, Damien, jak długo jeszcze będziemy to ciągnąć? – zapytała niemalże ze smutkiem, tym samym jeszcze bardziej go dezorientując.
– Nie rozumiem – oznajmił, ale z jakiegoś powodu własne słowa wydały mu się brzmieć niczym wierutne kłamstwo. – Nie wiem, co w tej chwili masz na myśli… Hej, Liv, wróćmy na imprezę – dodał spiętym tonem, choć aż nazbyt oczywiste było to, że dziewczyna nie miała ochoty na dalszą zabawę. Już się nie śmiała, a tym bardziej nie przypominała mu radosnego chochlika, który byłby w stanie tańczyć do rana, gdyby tylko dać jej po temu okazję. Nie zmieniało to jednak faktu, że nade wszystko pragnął znaleźć się w towarzystwie ludzi – tak dla pewności, gdyby… stało się coś wyjątkowo nieprzewidywalnego. – Przepraszam cię, że tak zniknąłem, ale ja naprawdę…
Dosyć! – zażądała i to jedno słowo wystarczyło, żeby skutecznie go uciszyć.
Jej oczy znów zabłysły w ten niepokojący, przyprawiający o dreszcze sposób. Właściwie nie zarejestrował momentu, w którym Liv dosłownie zmaterializowała się przed nim, rzucając nań jak jakaś dzika, rozjuszona kotka. W pośpiechu chwycił ją za oba nadgarstki, stanowczo unieruchamiając, kiedy spróbowała się na niego zamachnąć, za wszelką cenę usiłując trafić go w twarz. Jej rysy wykrzywił grymas, a oczy zaszkliły się, choć tym razem łzy zdecydowanie nie miały związku z tym, że poczuła się zraniona – nie tak po prostu, bo zdecydowanie bardziej wyrazistym, niemalże namacalnym uczuciem okazała się wściekłość.
Oparł się plecami o ścianę pobliskiego budynku, kiedy naparła na niego całym ciałem. Usiłował trzymać ją na dystans, choć zarazem nie mógł tak po prostu pozwolić na to, żeby się do niego zbliżyła. Czuł, że gdyby tylko stracił czujność, wtedy wydarzyłoby się coś niedobrego, a na to zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić.
– Dlaczego? Dlaczego znowu mi to robisz, co Damien? – Jej gorączkowy szept miał w sobie coś desperackiego, zresztą tak jak i spojrzenie, którym zdecydowała się go obdarować. Z chwilą, w której spojrzał prosto w lśniące, szmaragdowe tęczówki, ostatecznie uprzytomnił sobie, że nie było mowy o żadnych soczewkach. Ten kolor był naturalny, ale… to najzwyczajniej w świecie nie miało sensu. – Raz po raz, a teraz jeszcze udajesz, że niczego nie pamiętasz… Naprawdę sądzisz, że tak po prostu ci uwierzę? – zapytała z goryczą, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– O czym ty…?
Tym razem zaczęła płakać, jednocześnie gwałtownym ruchem usiłując oswobodzić się z jego uścisku. Nie pozwolił jej na to, zbyt zdeterminowany, by zmusić ją do pozostania w miejscu. W takim stanie co najwyżej mogła zrobić krzywdę sobie albo jemu, a to zdecydowanie nie wchodziło w grę.
– Przestań! – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Nie igraj ze mną, bo nie jestem głupia! Wiem, że Adeline… – Zacisnęła usta, przez krótką chwilę koncentrując się przede wszystkim na złapaniu oddechu. Drżała niespokojnie, wytrącona z równowagi nawet bardziej niż wtedy, gdy tłumaczyła mu, że przewidziała, iż mógłby nadejść. – Oczywiście, że nie mogła zostawić mnie w spokoju. Drążyła od samego początku, ale… – Nagle roześmiała się w co najmniej niepokojący, wręcz szalony sposób. – Jej biedna Chloe! Ale hej, ja niczego nie żałuję! Żadnej z nich…
– O czym teraz, do jasnej cholery, mówisz?! – nie wytrzymał, już nawet nie próbując jej uspokajać. Zdecydowanym ruchem odepchnął ją od siebie na tyle, by móc wyprostować się i chwycić za ramiona. – Liv, na litość Boską…
– Boga w to nie mieszaj! – zadrwiła, nie szczędząc sobie złośliwości. – I Liv… Liv, Liv, Liv, Liv… Ciągle Liv – wycedziła przez zaciśnięte zęby, z niedowierzaniem potrząsając głową. – Kiedyś w ten sposób wypowiadałeś inne imię, prawda?
Coś w jej pytaniu sprawiło, że poczuł się dosłownie tak, jakby ktoś go uderzył. Gwałtownie zaczerpnął powietrza do płuc, próbując się uspokoić, ale to okazało się niemożliwe. Czuł, że drży, ale nie miał pewności, czy to wina jego napiętych do granic możliwości mięśni, czy może wciąż stojącej tak niepokojąco blisko dziewczyny. Czuł na sobie jej spojrzenie i to wystarczyło, żeby jeszcze bardziej go zdekoncentrować, doprowadzając do stanu, w którym ledwo był w stanie nadążyć za tym, co działo się wokół niego.
Jakby tego było mało, równie nieprawdopodobne wydawało się to, co właśnie mu sugerowała. Przez krótką chwilę myślami znów był przy tamtym poranku, kiedy stali przy tablicy ogłoszeń, a on wpatrywał się w kolejną z kolei informację o zaginięciu młodej dziewczyny. Pamiętał wyraz twarzy Liv, jej spojrzenie i słowa…
Te słowa, które prześladowały go aż do tego momentu.
„Wiem, że już kilka osób zniknęło… I może to nic, ale coś mi podpowiada, że żadna z tych dziewczyn już nie wróci.”
Jak powinien to rozumieć i…?
– Liv…
Kolejny grymas.
– I znowu! – zniecierpliwiła się, po czym nerwowo zacisnęła usta. – Powiedziałam ci, że masz przestać… Daj już spokój z tym imieniem.
– Ale…
Zdecydowanym ruchem potrząsnęła głową. Nie zorientował się, kiedy i dlaczego poluzował uścisk wokół jej nadgarstków, pozwalając, żeby przesunęła się bliżej i ujęła jego twarz w obie dłonie.
– Przestań ranić mnie w ten sposób, Damien… – wyszeptała niemalże błagalnym, drżącym głosem. – Nie mów mi, że przez cały ten czas niczego nie zauważyłeś… Że o mnie zapomniałeś. Obiecałeś mi – dodała z naciskiem, spoglądając mu w oczy. Jej lśniące, zielone tęczówki, które… wydawały się takie znajome i… – Ja zresztą też ci obiecywałam, kochany. Powiedziałam, że nigdy nie pozwolę ci o sobie zapomnieć. Pamiętasz? Ty z kolei mówiłeś, że będziemy razem na zawsze… Mówiłeś mi, że na zawsze, Damien!
– Ja nie…
Przywarła do niego jeszcze mocniej.
– Oboje wiemy, że teraz okłamujesz samego siebie – oznajmiła z naciskiem. – Pamiętasz, co takiego było, kiedy mieszkaliśmy w Amhertst po raz pierwszy… Musisz, chociaż to było bardzo dawno, prawda Damien? – Uśmiechnęła się słodko, to jednak wciąż pozostawało zaledwie parodią tego, co dotychczas widywał na twarzy Liv. Niczym jakaś okropna karykatura, której zdecydowanie nie chciał zapamiętać. – Ile to już lat, co? Ile wieków? – Zamilkła, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Ale ja pamiętałam. Czekałam przez cały ten czas… Bo wiesz, ja zawsze otrzymuję obietnic.
Być może mówiła coś jeszcze, ale już właściwie nie słuchał, zbyt oszołomiony sytuacją i tym, co działo się w jego głowie. Już wcześniej miał mętlik, walcząc ze sobą i wspomnieniami, których w równym stopniu pozostawał świadom, co i z uporem usiłował trzymać na dystans. Zacisnął powieki, ale nawet kiedy sobie na to pozwolił, wciąż widział jej twarz – zielone oczy, uroczy uśmiech i…
Och, tyle że w tamtej chwili nie spoglądał na Liv. Oczami wyobraźni widział kogoś innego – równie dla niego ważnego, pięknego i… przerażającego.
Wspomnienie, które pragnął pogrzebać wraz z nią – przyczyną każdej jego udręki.
Tą, która najwyraźniej wróciła, by pociągnąć ją za sobą.
Jane…
Znów usłyszał śmiech, ale tym razem prawie nie był tego świadom. Zaraz po tym – zanim w ogóle zdążył zastanowić się nad tym, co i dlaczego działo się wokół niego – wszystko zniknęło, a Damiena pochłonęła ciemność.
~*~
To było zimą – wiem o tym doskonale, chociaż minęło tyle czasu. Co więcej, wiem, że ty również pamiętasz, chociaż z uporem próbujesz mnie od siebie odepchnąć. I chociaż to boli, jestem skłonna ci to wybaczyć, zresztą tak jak i wiele innych rzeczy, które mi zrobiłeś. Zwłaszcza tę jedną, która ostatecznie przywiodła nas do tego miejsca, a która wiele innych kobiet najpewniej by przeraziła. Liv też, a przynajmniej tak mi się wydaje – nie wiem, zresztą ty też nie, choć teraz jeszcze tego nie rozumiesz. Dlaczego miałbyś, skoro wciąż odpychasz od siebie prawdę, uparcie żyjąc iluzją świata, który z twoją pomocą stworzyłam specjalnie dla ciebie?
Kiedy wypowiadasz moje imię, wiem, że w końcu pozwalasz sobie na zrozumienie – tylko częściowe, bo dopiero pokażę ci, co takiego zamierzam. Czuję ulgę na myśl o tym, że najpewniej nareszcie mnie pamiętasz. Sama do tej pory potrafię odtworzyć sposób, w jaki patrzyłeś na mnie tych… Och, pięćset lat. Chyba tyle minęło, prawda? Czas jest tak zabawnym, złożonym zjawiskiem, że chwilami wciąż go nie rozumiem. W zasadzie tego nie chcę, bo kiedy żyje się wiecznie, mijające sekundy przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, z kolei ja czekałam dość, by zdążyć stracić rachubę. Wiem jedynie, że dzisiejsza noc jest wyjątkowa, a my nareszcie dokończymy to, co zapoczątkowałam już lata temu.
Musisz to pamiętać, prawda? Wtedy też byłeś przerażony, kiedy powiedziałam ci prawdę – obnażyłam się przed tobą, zdradzając najbardziej ciążący mi, ważny dla mnie sekret. Coś, co z powodzeniem mogłoby mnie pogrążyć, chociaż wierzyłam, że ty tego nie zrobisz. W końcu mnie kochałeś, czyż nie? Nadal kochasz. Czułam to już wtedy za każdym razem, kiedy wypowiadałeś moje imię, obejmowałeś, dotykałeś włosów… Czarnych i długich. Pamiętasz to, prawda? Wiem, że zawsze ci się podobały, zresztą tak jak moje oczy – przypominające dwa szmaragdy, co wielokrotnie od ciebie słyszałam.
W twoich myślach byłam wtedy idealna. To zresztą sprawiało, że tak się czułam, mając świadomość tego, że nareszcie znalazłam osobę, która kocha mnie nade wszystko i z którą pragnę spędzić resztę życia.
Wymarzyłam sobie dla nas wieczność i to właśnie ją pragnęłam ci podarować.
Pamiętam, że byłeś przerażony, kiedy spotkałam się z tobą tamtego wieczora. Zabolała mnie pogarda w twoich oczach, gdy wprost powiedziałam ci, kim jestem – kiedy powierzyłam swoje życie, zapewniając dość wiedzy, byś mógł mnie zniszczyć, gdyby takie było twoje życzenie. Ale nie potrafiłeś… Wiem o tym – o każdej sekundzie, którą poświęciłeś, żeby doszukać we mnie tej samej dziewczyny, z którą spotykałeś się na długie miesiące przed nadejściem zimy. To wciąż byłam i jestem ja; ta sama, którą adorowałeś, której skradłeś pocałunki, a ostatecznie odważyłeś się wsunąć pierścionek na palec, tym samym przypieczętowując to, co było pomiędzy nami. A ja byłam szczęśliwa – wciąż chcę być i właśnie tak się stanie, jeśli tylko mi na to pozwolisz. Wiem, że ostatnim razem popełniłam błędy, zbytnio cię szokując i nie dając czasu na zrozumienie wszystkiego, ale… jestem skłonna to naprawić. To dobrze, prawda? Minęło dość czasu, byśmy oboje nauczyli się więcej.
Tamtego wieczora prawda jednak okazała się zbyt trudna, co jasno uświadomiły mi twoje oczy. Przyszłam do ciebie z moim sekretem, a jednak wtedy mnie odrzuciłeś, zachowując się tak, jakbym z dnia na dzień przestała być sobą.
– Wiedźma! – usłyszałam od ciebie i choć to w pełni opisywało to, kim jestem, dla mnie było niczym sztylet wymierzony prosto w serce.
Tak się stało, ponieważ nie takim tonem zwraca się do osoby, którą jest się w stanie zrozumieć. Nie w ten sposób spoglądałeś na mnie wcześniej, powtarzając, że jestem dla ciebie najważniejsza. I choć rozumiałam, że to dla ciebie trudne, mimo wszystko poczułam się zraniona.
Nie tak postępuje się z kobietą, Damien.
Nie poddałam się, choć być może powinnam. Możliwe, że gdybym wtedy odpuściła, dając ci czas na zrozumienie, że chcę dla nas dobrze i że nie jestem potworem, wszystko byłoby inne. Ogarnął mnie jednak gniew – zbyt silny, bym mogła go kontrolować; bardziej gwałtowny, aniżeli tego chciałam, bowiem tak bardzo pragnęłam, żebyś mnie zrozumiał. Potrzebowałam ciebie i twojej akceptacji, błagając o nią w niemalże desperacki sposób, niezależnie od możliwych konsekwencji. Możliwe, że to nas zgubiło, ale… czy to takie złe? Jednak coś mi się udało, skoro wciąż trwamy, a ja jestem w stanie spełnić każdą z obietnic, która padła z moich ust.
– To dla ciebie, kochany – mówiłam wtedy, po cichu wierząc, że jednak zrozumiesz. – Czymże jest cena, jeśli w ten sposób na zawsze pozostaniemy razem? Jeśli mi pozwolisz, słowa „na wieczność” nabiorą nowego znaczenia… Nieśmiertelność to podobno marzenie głupców, ale ja mogę ci ją dać.
Tyle że ty nie rozumiałeś… Nie chciałeś, a może przerażało cię to, że miałam krew na rękach – i że pragnęłam posunąć się dalej. Nie przeczę, moje ambicje były i są wielkie, ale czy to nie jest warte swojej ceny? Amhertst nigdy nie dało nam niczego dobrego, dla mnie będąc niczym więzienie, z którego nade wszystko pragnęłam uciec. Tylko ty trzymałeś mnie w tym miejscu – twoja miłość, którą tak łatwo mogłam utracić oraz coraz realniejsze marzenie o długowieczności. Gdybyś wtedy mi pozwolił, zakończyłabym wszystko raz na zawsze – przyniosła zniszczenie tym, którzy na to zasłużyli, podczas gdy my…
My po prostu byśmy trwali – ponad śmiercią i wszelakimi słabościami, które stanowią domenę człowieczeństwa. Ty i ja, niczym bogowie, których nie miał prawa przywieść ku końcowi, jakże właściwemu kruchym, ludzkim istotom z którymi nigdy się nie utożsamiłam. Każde odebrane życie mogłoby nas do tego przybliżyć – ofiara, którą specjalnie dla ciebie byłam gotowa złożyć.
Tamtej nocy byłam zdolna poświęcić całe to cholerne miasto, które przy pierwszej okazji spaliłoby mnie na stosie. Zrobiliby to, gdyby wiedzieli, ale ty…
Ale wszystko poszło nie tak – i to z twojej winy, choć oddałam ci wszystko, co we mnie najlepsze. Mogłeś mnie mieć, a jednak pozwoliłeś na to, żeby strach przysłonił miłość, którą przez tyle czasu mnie darzyłeś. Nawet pierścionek zaręczynowy, który wciąż miałam na palcu, nie miał dla ciebie znaczenia, kiedy tak nagle powaliłeś mnie na ziemię. Byłeś silniejszy, bardziej zdeterminowany – napędzany przez gniew i pogardę, która w tak krótkim czasie zajęła miejsce wszelakich ciepłych uczuć, które do tej pory przeznaczone były specjalnie dla mnie. Wciąż chciałabym wiedzieć, co takiego sobie myślałeś, kiedy twoje dłonie zaciskały się na mojej szyi. Chyba nawet nie walczyłam – nie pamiętam, żebym to robiła, zdolna co najwyżej na ciebie patrzeć i…
Jak to jest patrzeć w oczy tej, którą podobno kochasz, zarazem tak po prostu odbierając jej życie?
Chciałabym wiedzieć, czy zawahałeś się przez moment, trwając w tym szaleństwie i beznamiętnie obserwując jak ja…
Wciąż próbuję pojąć, co takiego czułeś i jak silne musiało to być, skoro kazałeś mi wtedy odejść. Przynajmniej próbowałeś, bo nie przewidziałeś, jak daleko idące przygotowania poczyniłam, by zapewnić ci to, co tak bardzo chciałam ci ofiarować. I choć to szalone, wybaczyłam ci tamtą noc, bo wiem, jak oślepiający bywa gniew – doświadczam tego również teraz, nie po raz pierwszy wahając się nad tym, czy nie powinnam cię zabić, skoro z takim uporem próbujesz wyrzucić mnie ze swojej pamięci. Już raz to zrobiłeś, a teraz… Och, nawet teraz z takim uporem powtarzałeś imię innej, trwając w przekonaniu prawdziwości kłamstw, które w ciebie sączyłam.
Ale pamiętasz. W końcu wypowiadasz to jedno słowo…
Jane.
Wróciłam, tak jak ci przysięgałam. Tamtego wieczoru ofiara jednak została złożona – wystarczająco, by zapewnić ci długowieczność, której tak bardzo dla ciebie pragnęłam.
Teraz jestem i ja – i niezależnie od wszystkiego to, co rozpoczęłam tak dawno temu, ostatecznie się zakończy.
Na wieczność.
Miałam długi zastój – wiem, ale w żaden sposób nie byłam w stanie zabrać się do tego rozdziału. Wena przyszła dopiero teraz, a część napisała się praktycznie sama, niejako oddając wszystko to, czego mogłabym oczekiwać. Sądzę, że nareszcie coś się rozjaśniło, chociaż… To akurat pozostawiam Waszej ocenie, zresztą jak zwykle.
Zostały jeszcze jeden rozdział oraz epilog. Wciąż to do mnie nie dociera, ale chyba nawet się cieszę – zawsze tak jest, kiedy kończę jakąkolwiek swoją historie, nieważne jak rozbudowana by nie była. Poczuję ulgę wraz z ostatnią kropką, ale na tę chwilę mogę z czystym sumieniem uznać, że jestem z tej historii zadowolona – nie wyszła idealnie, ale wydaje mi dość dobra, by mnie usatysfakcjonować.
No cóż, jak zwykle dziękuję wszystkim, którzy są albo dopiero będą. Mam nadzieję, że kolejny pojawi się w przyszłym tygodniu, bo chciałabym wrócić do rytmu. Ostatnio problemy z komputerem i wewnętrzna blokada wszystko skomplikowały, ale teraz… Hm, chyba jest lepiej. Nie wiem, co powiem jak nadejdzie sesja, ale nie sądzę, żeby jakiekolwiek problemy wystąpiły akurat z tym opowiadaniem.
Tak więc do następnego!

wtorek, 3 stycznia 2017

|08| „Dlaczego szukasz zrozumienia, skoro masz mnie?”

Liv wydawała się być wszędzie, ale to mu nie przeszkadzało. Od samego początku podobała mu się właśnie ta pewność siebie, którą przejawiała niemalże na każdym kroku. To była energiczna dziewczyna, która potrzebowała uwagi i kogoś, kto będzie w stanie dotrzymać jej kroku podczas zabawy, więc nie był szczególnie zaskoczony, kiedy w pewnym momencie rozanielona dziewczyna zniknęła mu z oczu. Nie martwiło go to, bo już wcześniej kilka razy niknęła w tłumie, zgadzając się na tańce z innymi uczestnikami obchodów. Nie miał nic przeciwko, tym bardziej, że zazdrość wydawała się najgorszym, co mógłby okazać, zresztą wcale jej nie czuł. Ufał Liv, poza tym…
Och, nie chciał o tym myśleć. Problem polegał na tym, że nie potrafił przez cały czas odpychać od siebie wątpliwości, które towarzyszyły mu od dłuższego czasu, niejako podważając to, do czego próbował się przekonać – do bezgranicznego zaufania, które dotychczas jej oferował, a które nagle zaczęło słabnąć. Zwłaszcza kiedy dziewczyny nie było obok, dręczące go pytania wracały, a on coraz częściej przyłapywał się na myśleniu o tajemnicach, które najpewniej oboje mieli. Z jakiegoś powodu zwłaszcza tej nocy te odczucia zaczęły się nasilać, nie pozwalając Damienowi zapomnieć o wydarzeniach, które z jakiegoś powodu go dręczyły.
Znów pomyślał o znikających dziewczynach i zieleni oczu Liv – kolorze, który rozbudzał w nim najgorsze przeczucia, choć to wydawało się pozbawione sensu. Ta dziewczyna miała różne pomysły, poza tym musiał przyznać, że taki kolor tęczówek jak najbardziej pasował do jej włosów. Doszukiwanie się w tym konkretnej symboliki, wydawało się niedorzeczne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Próbował utwierdzić się w przekonaniu, że to tylko jego przewrażliwienie, tym bardziej, że dotychczas wszystko było w porządku, ale…
Ty też masz swoje tajemnice, warknął na siebie w duchu.
Chyba właśnie tym próbował usprawiedliwiać wszelakie oznaki tego, że Liv nie była z nim szczera. Zwłaszcza kiedy o tym myślał, uświadamiał sobie, że tak naprawdę wcale się nie znali, nawet jeśli ona uważała inaczej. Rozkoszne kłamstwo, w które oboje wierzyli, tym bardziej, że naprawdę ją kochał, a z jej strony czuł znajomość. Kto jak kto, ale on na pewno wiedział, że miłość potrafiła ogłupiać i to najczęściej w stopniu, którego nikt by się nie spodziewał. Dość naturalnym wydawało się to, że usiłował odrzucić od siebie niechciane myśli, w zamian darząc ważną dla niego dziewczynę kredytem zaufania. Kiedy byli razem, ich prywatna bańka szczęścia po prostu istniała, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości.
Poza tym – co również w znacznym stopniu go dręczyło – jego przeszłość pozostała pogrzebana. Nie miał pojęcia, jak działała pamięć, ale o wiele łatwiej było mu przyjąć zapomnienie, którego tak bardzo pragnął. Umysł miał to do siebie, że kiedy niektóre informacje i obrazy zaczynały być zbyt uciążliwe, wypychał je, często grzebiąc gdzieś w najdalszych zakamarkach – tak, by dotarcie do nich stało się czymś niemalże niemożliwym. Przynajmniej w to próbował wierzyć Damien, zamierzając udawać, że nic złego nigdy nie miało miejsca. Był tutaj – z Liv, która go potrzebowała – i to się liczyło. Wątpliwości, które odczuwał, brały się z tego miejsca i złych doświadczeń, które z takim uporem od siebie odpychał.
To wszystko przypadki – te zaginięcia i pozornie dziwne zachowanie dziewczyny. Tylko i wyłącznie, bo…
Poczuł, że ktoś go obserwuje, co skutecznie przywołało chłopaka do porządku. Zamrugał, po czym rozejrzał się nieco nieprzytomnie, przez krótką chwilę mając wrażenie, że grająca muzyka i zmierzający w najróżniejsze strony ludzie tak naprawdę go nie dotyczą – że są niczym sen, tym bardziej, że od chwili rozdzielenia z Liv czuł się obecny tylko duchem. Pośpiesznie powiódł wzrokiem dookoła, szukając dziewczyny i przez dłuższą chwilę gotów przysiąc, że to właśnie ona go potrzebowała. Tym większym zaskoczeniem okazał się dla niego fakt, że wcale nie zauważył znajomych, płomiennorudych włosów, ale inną kobietę – starszą, bardziej surową i wpatrzoną w niego w sposób, który z jakiegoś powodu przyprawił go o dreszcze, choć naturalnie wolał zrzucić ten stan rzeczy na panujący dookoła chłód.
Zawahał się, nagle jeszcze bardziej zdezorientowany. Na pewno nie powinien być zaskoczony widokiem Adeline – w końcu na uroczystości przyszli wszyscy, więc pojawienie się prowadzącej lokal kobiety wydawało się dość naturalne. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że już od dłuższego czasu zachowywała się w pełen rezerwy, niepokojący sposób, mający bez wątpienia związek ze zniknięciem jej wnuczki. Przed oczami jak na zawołanie stanął mu obraz Chloe, dręczący go zwłaszcza od chwili, w której usłyszał słowa Liv – o tym, że ani młoda dziewczyna ze zdjęcia, ani pozostałe zaginione więcej nie wrócą.
Skąd wiedziałaś, co? Skąd mogłabyś…?
Właściwie nie zarejestrował momentu, w którym ruszył się z miejsca, w pośpiechu kierując ku Adeline. Wydawała się na niego czekać, a przynajmniej tak pomyślał w pierwszym odruchu, póki nie odwróciła się na pięcie, tak po prostu znikając w tłumie. Popędził za nią, nie zamierzając pozwolić sobie na stracenie jej z oczu, choć logika podpowiadała mu, że Adeline mogła po prostu nie chcieć go wiedzieć. Już podczas pierwszego spotkania zachowywała się w sposób sugerujący, że za nim nie przepada, więc tym bardziej teraz…
Cóż, nie wycofał się, uparcie prąc przez tłum i raz po raz rozglądając się dookoła. Nigdzie nie widział ani Adeline, ani tym bardziej Liv, choć tym razem prawie wcale nie myślał o tej drugiej. Poczucie tego, że właścicielka jadłodajni coś wie pojawiło się nagle, a Damien pomyślał, że musi z nią porozmawiać – niezależnie od konsekwencji i tego, czy sama zainteresowana miała być zadowolona z takiego obrotu spraw.
Potrzebował dłuższej chwili, żeby przemknąć przez najbardziej zatłoczoną cześć placu. Wypuścił powietrze ze świstem, zatrzymując się w niewielkim oddaleniu od wielkiego zbiorowiska i bezradnie wodząc wzrokiem dookoła. Poczuł frustrację na samą myśl o zgubieniu Adeline, tym bardziej, że odszukanie jej w obecnej sytuacji wydawało się graniczyć z cudem. Sam nie rozumiał, dlaczego perspektywa zatracenia możliwości rozmowy z kobietą była dla niego aż tak ważna, ale…
– Pośpiesz się.
Znajomy głos wyrwał go z zamyślenia. Natychmiast poderwał głowę, w końcu dostrzegając obiekt swojego zainteresowania zaledwie kilka metrów dalej, w jednej z odchodzących od rynku, zaciemnionych uliczek. Ciemność miała w sobie coś niepokojącego, ale nawet się nie zawahał, natychmiast ruszając z miejsca, by dołączyć do Adeline, zanim ta znów zdecyduje się go wyprzedzić. Wcześniej jeszcze krótko obejrzał się przez ramię, żeby nabrać pewności, że nikt ich nie obserwuje, choć sam nie wiedział, dlaczego taka perspektywa go martwiła. Dlaczego obawiał się tego, że Liv mogłaby ich widzieć.
– Co się dzieje? – zapytał wprost, ledwo znalazł się na tyle blisko, żeby kobieta była w stanie usłyszeć jego podenerwowany szept. – Gdzie…?
– Nie tutaj – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Nie dodała niczego więcej, zresztą to wydawało się zbędne, bo Damien wyraźnie czuł, że tak naprawdę nie ma większego wyboru. Bez sprzeciwów ruszył za nią, pozwalając poprowadzić się labiryntem bocznych, opustoszałych o tej porze uliczek. Choć szedł tą trasą po raz pierwszy, podświadomie wyczuł, gdzie prowadziła go Adeline, więc nie poczuł się zaskoczony widokiem pogrążonego w ciemnościach, opustoszałego lokalu. W milczeniu obserwował, jak jego towarzyszka otwiera drzwi i nie czekając na jego reakcję wchodzi do środka, najwyraźniej za oczywiste uznając to, że pójdzie za nią. Powoli zaczynał go drażnić taki sposób traktowania – to, że z góry zakładała, że będzie jej towarzyszył – ale nie skomentował tego nawet słowem. Istniało zbyt wiele pytań, na które pragnął poznać odpowiedzi, by teraz pozwolić sobie na bycie niegrzecznym.
Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Dziwnie było przebywać w restauracji, która nie tak dawno temu promieniała za sprawą radośnie trajkotającej, zajadającej się naleśnikami Liv, ale odrzucił od siebie niechciane myśli. Mimo wszystko widok opustoszałej, pogrążonej w mroku sali miał w sobie coś nienaturalnego; podobnego wrażenia doświadczał za każdym razem wczesnym porankiem na ulicach miasta, kiedy to pustoszało, atmosferą przypominając raczej cmentarz, aniżeli miejsce, gdzie zazwyczaj z łatwością można było spotkać całe skupiska ludzi.
Zignorował drżące, niepokojące cienie i przeciągającą się ciszę. W zamian ruszył ku Adeline, która przystanęła przy jednym z wielu stolików, opierając się dłonią o blat i w milczeniu wpatrując w jakiś bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. Coś w świadomości tego, że zostali sami, oboje milczący i nawet niezdolni spojrzeć sobie w oczy, wydało mu się właściwe, choć zarazem wcale nie czuł się przez taki stan rzeczy dobrze. Wręcz przeciwnie – chciał to przerwać i wrócić do Liv, bo im dłużej przebywał z daleka od niej, tym dziwniej się czuł. Pomyślał, że już kiedyś doświadczył tego uczucia, ale…
– Chcesz wiedzieć, co się dzieje – odezwała się kobieta. Wyprostowała się, po czym w końcu odwróciła w jego stronę, więc krótko skinął głową, pomimo tego, że tak naprawdę nawet nie zadała mu pytania. – Ale prawda jest taka, że to właśnie ja powinnam oczekiwać wyjaśnień.
– Nie rozumiem… – przyznał z wahaniem, jednak Adeline nie pozwoliła mu dokończyć.
– Och, ależ tak. – Zacisnęła usta. – Wiedziałam od chwili, w której pierwszy raz cię zobaczyłam… I Liv, ale to dłuższa historia.
Po jej słowach na powrót zapadła nieprzenikniona cisza, ale prawie nie zwrócił na to uwagi. Wpatrywał się w Adeline, nagle zaczynając wątpić, czy oby na pewno powinien ciągnąć tę rozmowę dalej – i to bynajmniej nie dlatego, że uważał, iż kobieta mogłaby być szalona albo zdesperowana po zniknięciu wnuczki. Nie poznał Chloe, a tym bardziej nie miał pojęcia, jakie relacje miała ze swoją babcią, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. To, czego mogłaby potrzebować kobieta, wydawało się równie oczywiste, co i oddychanie albo…
Nie. Z jakiegoś powodu powołanie się na uczucia do Liv nagle wydało mu się niewłaściwe.
– Wiem, że już kiedyś tutaj byłeś, Odwieczny – odezwała się ponownie kobieta. Zesztywniał w odpowiedzi na ostatnie słowo, które padło z jej ust, ale nie skomentował tego nawet słowem. Po prostu na nią patrzył, próbując ignorować to, że gdzieś w jego wnętrzu coś drgnęło; jakaś jego cząstka, o której doskonale wiedział, choć przez cały ten czas z uporem trzymał ją w zamknięciu. – Mieszkam tutaj od zawsze, zresztą tak jak i moja matka, babka, prababka… Nasza rodzina trwała w tym miasteczku od zawsze, więc jestem skłonna stwierdzić, że znam je lepiej niż ktokolwiek inny. – Adeline zamilkła, by obdarować go wymownym, przenikliwym spojrzeniem. – Wiem, że wieki temu… – zaczęła i tym razem coś w nim pękło, przez co nie pozwolił jej skończyć.
– Nie wiesz nic – wycedził przez zaciśnięte zęby, bezwiednie przesuwając się w jej stronę.
Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że w ogóle się przemieścił, przez krótką chwilę czując się wręcz zdolny do tego, żeby kobietę uderzyć – tak po prostu, pomimo tego, że nie istniał żaden sensowny powód, dla którego miałby to zrobić. Zacisnął dłonie w pieści, po czym wsunął je do kieszeni marynarki, nie po raz pierwszy dziwnie zagubiony i roztrzęsiony w stopniu porównywalnym do tego, co w dniu, w którym po raz pierwszy zobaczył Liv. W głowie miał pustkę, a jedynym, czego pozostawał tak naprawdę pewien, pozostawało to, że jeśli dłużej zostanie pod jednym dachem z Adeline, wtedy dojdzie do czegoś, czego wcale nie chciał, jakkolwiek w ogóle powinien rozumieć te przeczucia.
– Możliwe – przyznała z wahaniem kobieta, wciąż uważnie go obserwując. Jej głos złagodniał, choć spodziewał się czegoś innego po reakcji, którą jej zaprezentował. – Dlaczego wróciłeś?
– Skąd pewność, że nie jestem tutaj po raz pierwszy? – wymamrotał, ale po jego tonie dało się wyczuć, że niejako przyznawał się do wcześniej wyciągniętych przez kobietę wniosków.
– Próbuję zrozumieć… Dla mojej Chloe – oznajmiła, choć to nadal nie miało dla niego sensu. Z drugiej strony, może po prostu nie chciał, żeby do tego doszło. – I dla Liv – dodała, tym samym trafiając w sedno.
Dla Liv… Nie było niczego, czego by dla niej nie zrobił.
Tak przynajmniej sądził do tej pory, zanim pojawiły się wątpliwości. Kiedy zaczął się nad tym zastanawiać, doszedł do wniosku, że to nie ma sensu – że to tak, jakby oszukiwał samego siebie.
Liv jest dla mnie ważna…
– Przykro mi z powodu pani wnuczki… Tak, widziałem ogłoszenia – powiedział po chwili wahania, starannie dobierając słowa. – Rozumiem, że to ogromna strata, bo kiedyś sam również straciłem kogoś ważnego – podjął, kolejny raz zaskakując samego siebie powrotem do czegoś, o czym zdecydowanie chciał zapomnieć. To był grząski temat, którego z uporem się wystrzegał, również w tamtej chwili potrzebując kilkunastu następnych sekund, żeby zebrać myśli i stwierdzić czy to, co mówił, w ogóle miało sens. – Niezależnie jednak od tego, co się stało, ja i Liv nie mamy z tym żadnego związku. Mało tego – ona wciąż jest w mieście i przy odrobinie szczęścia pewnie doskonale się bawi, o ile jeszcze nie zauważyła mojego zniknięcia. Tak więc jak najbardziej zamierzam zrobić coś dla Liv – dodał z przekonaniem, którego wcale nie czuł.
Jeszcze kiedy mówił, spróbował się wycofać – krok za krokiem, jak najdalej od tej dziwnej kobiety. Nie rozumiał, dlaczego w ogóle za nią poszedł, ale teraz nie miało to już najmniejszego nawet znaczenia. Cholera, ta kobieta była dziwna, poza tym najwyraźniej nie pozbierała się po zniknięciu wnuczki. Tak przynajmniej próbował to sobie wytłumaczyć, nie widząc żadnego sensownego sposobu, żeby wytłumaczyć jej zachowanie i słowa. Tym bardziej nie potrafił pojąć własnych reakcji, ale to akurat schodziło gdzieś na dalszy plan, tym bardziej, że od czasu powrotu do miasta nie rozumiał bardzo wielu dziwnych rzeczy – w tym siebie samego. W efekcie wolał skupiać się na Liv i jej oczekiwaniach, choć to w pewnym stopniu sprowadzało się do jednego: do ucieczki.
Jakkolwiek by jednak nie było, z jego perspektywy ta rozmowa była zakończona. Zamierzał wyjść, poszukać Liv i bawić się z nią przez resztę wieczoru, choćby do rana, jeśli takie było jej życzenie. Skoro kobiety znikały, tym bardziej mógł założyć, że była przy nim bezpieczna, a to, że ją zostawi…
– Jesteś pewien? – usłyszał tuż za plecami i choć te słowa nie znaczyły dla niego nic, machinalnie się zatrzymał.
– Czego znowu?
Nie obejrzał się, ale i tak wyczuł, że Adeline nie odrywa od niego wzroku. Jakby tego było mało, prawie na pewno przesunęła się bliżej, choć nie poczuł się z tego powodu zagrożony.
– Że znasz Liv. – Kobieta zamilkła, dając mu czas na przetrawienie jej słów. Problem polegał na tym, że im dłużej słuchał, tym większy mętlik w głowie dawał mu się we znaki. – Jaka jest Liv, co? – odezwała się ponownie i w tamtej chwili niewiele brakowało, żeby ostatecznie trafił go szlag.
– Ta rozmowa to jakieś nieporozumienie – stwierdził, a kobieta westchnęła cicho, po czym w pośpiechu podeszła bliżej, żeby móc się z nim zrównać.
– Mówisz jedno, a ja wiem, że się wahasz… Co tak naprawdę myślisz? – Potrząsnęła głową, po czym ciągnęła dalej, nie pozwalając mu dokończyć. – Ja znam Liv, Damienie… I wiem, że się zmieniła. Zmieniła diametralnie na krótko przed tym, jak ty wróciłeś do miasta – dodała z naciskiem.
– Ja nie…
Zesztywniał, kiedy drobne palce Adeline zacisnęły się wokół jego nadgarstka. Uścisk miała zaskakująco pewny i silny, choć wciąż gdyby zechciał, z powodzeniem mógłby się wyrwać. Nie zrobił tego, uparcie tkwiąc w miejscu i próbując zrozumieć, co tak naprawdę się działo. Nie rozumiał niczego, choć miał wrażenie, że powinien, co zresztą jasno sugerowało mu podejście kobiety. To było tak, jakby chciała wymóc na nim wyciągnięcie wniosków, których nie miał prawa znać, a które potwierdziłyby to, co sama dostrzegała – czymkolwiek by to nie było i jak szalone by się nie wydawało.
– Mów, co tylko zechcesz, ale ja wiem kim jesteś – odezwała się ponownie Adeline, kładąc nacisk na poszczególne słowa. Bardziej stanowczo chwyciła go za rękę, wciskając w dłoń coś, co wyglądało jak niewielki, srebrny medalik – na tyle duży, by móc w sobie coś pomieścić, choć nie miał czasu zastanawiać się nad jego ewentualną zawartością. – I wiem, że pamiętasz… Musisz pamiętać, choć to miało miejsce tak dawno temu – podjęła kobieta, dosłownie taksując go wzrokiem. – Zrobisz z tym, co tylko zechcesz, ale na tę chwilę zaklinam cię – weź pod uwagę, że Liv, którą znałam ja, była inna. Ta dziewczyna… – Zamilkła, nerwowo zaciskając usta. – Byłam ślepa. A teraz nie ma Chloe… i te dziewczęta…
Milczał, po prostu się w nią wpatrując i słuchając, choć w pierwszym odruchu miał ochotę Adeline odepchnąć i jak najszybciej odejść. To mogłoby brzmieć jak bełkot szaleńca, ale dla niego już dawno przestało takie być. W zasadzie był skłonny przysiąc, że rozumiał – albo że jakaś jego cząstka była w stanie tego dokonać, choć ze zbyt wielkim uporem dusił ją w sobie, by w końcu dostrzec prawdę.
Gdyby to zrobił, pewne rzeczy stałyby się zbyt ostateczne. Wtedy musiałby jej uwierzyć, a na to zdecydowanie nie czuł się gotowy.
– Dzisiejszej nocy wydarzy się coś bardzo niedobrego. Czuję to całą sobą, więc proszę…
– Muszę iść – oznajmił spiętym tonem, tym razem znajdując w sobie dość siły, żeby się odsunąć.
Zaskoczyło go to, że nie zaprotestowała, jednak decydując się go puścić. W dłoni wciąż ściskał medalik, który mu podała, ale prawie nie zwrócił na to uwagi, w zamian w pośpiechu kierując się ku drzwiom. Srebrzysty przedmiot w roztargnieniu wsunął do kieszeni marynarki, już kilka sekund później skupiony przede wszystkim na możliwości wyjścia z lokalu. Kiedy dopadł do drzwi, przez krótką chwilę naszła go niepokojąca myśl o tym, że będą zamknięte, ale nic podobnego nie miało miejsca, a zamek ustąpił z chwilą, w której Damien gniewnie szarpnął za klamkę.
Na zewnątrz panował chłód, a jednak oddychanie przychodziło mu z trudem, zupełnie jakby miał do czynienia z gorącym, ciężkim powietrzem. Zatrzasnął za sobą drzwi, po czym popędził przed siebie, nie oglądając się i właściwie bez zastanowienia podążając uliczkami, którymi dopiero co prowadziła go Adeline. Ani razu nie obejrzał się przez ramię, przez niemalże całą drogę nawet nie próbując zastanawiać się nad szczegółami dopiero co odbytej rozmowy. W głowie miał mętlik, co jedynie potęgowało nagły, narastający z każdą kolejną sekundą ból – łomotanie w skroniach, które w krótkim czasie doprowadziło Damiena do szału. Miał wrażenie, że coś mu umyka i że nie dostrzega tego niejako na własne życzenie, ale zarazem nie potrafił tak po prostu przyjąć tej myśli do wiadomości. W tamtej chwili nic nie miało sensu – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Być może powinien się do tego przyzwyczaić, ale…
Najgorsze jednak w tym wszystkim pozostawało to, że nie miał pojęcia, w co wierzy albo chce zrobić. Pragnął znaleźć Liv, ale zarazem nie wyobrażał sobie, że miałby ot tak tego dokonać. Nie teraz, kiedy dręczyło go tak wiele wątpliwości. Pomyślał, że być może powinien z nią porozmawiać, ale jednocześnie nie miał pojęcia, co tak naprawdę powinien jej powiedzieć. Po tym, jak zareagowała podczas ich rozmowy, kiedy wyznała mu, że wcześniej przewidziała jego nadejście, spodziewał się dosłownie wszystkiego – a już zwłaszcza tego, że w porażająco wręcz łatwy sposób mógłby ją skrzywdzić.
Wciąż o tym myślał, kiedy gdzieś w ciemnościach doszły go ciche, lekkie kroki. Wkrótce po tym panującą ciszę przerwał aż nazbyt znajomy głos.
– Gdzie byłeś, Damien?
W końcu jest, chociaż miałam mały poślizg. Niemniej rozdział na początek roku, to fajna sprawa, prawda? Nie byłam w stanie się do niego zebrać, być może dlatego, że wyczuwam końcówkę, ale zarazem trudno mi ot tak przyjąć do wiadomości, że to tyle – jeszcze dwa rozdziały i epilog. Nie, zdecydowanie nie polubimy się z taką formą, więc kolejny projekt, który mam w zanadrzu, będzie zdecydowanie dłuższy.
Dziękuję za obecność i cierpliwość, tym bardziej, że z uporem niczego nie tłumaczę. Cóż, niedługo sprawy się rozjaśnią, tak sądzę. W końcu to już właściwie koniec, więc…
Do napisania!